Splat!FilmFest: Le Scaphandrier

Morskie opowieści już dawno nie popadały w tak dławiącą dawkę kiczu, a wszystko za sprawą naiwnej historii i nieangażującym postaciom. Le scaphandrier usilnie stara się połączyć niekompatybilne motywy kina grozy, przez co efekt końcowy bardziej bawi niż straszy. Nad wszystkim unosi się duch kreskówek o Scooby'm-Doo.

Le scaphandrier to horror określany jako retro slasher – faktycznie, nie ma w nim mowy o postmodernistycznej zabawie konwencją, co nie wychodzi produkcji na dobre. Film poprzez powagę przekazu podkreśla technicznie słabą i fabularnie naiwną stronę widowiska. Sztywne ramy dziennikarskiego śledztwa, w jakie wpisana zostaje historia seryjnego mordercy w stroju XIX wiecznego nurka, nie angażują widza przez swoją infantylność, a oś produkcji jawi się niczym mało istotny problem wyolbrzymiony na potrzeby filmu. Odbiorca tym bardziej odcina się od świata na ekranie, gdyż postacie napisane przez Alaina Vézina stanowią kwintesencję marnych profili psychologicznych oraz irytujących klisz gatunku. Słabe aktorstwo to ostatni gwóźdź do trumny.

Reżyser filmu stawia na brutalny wydźwięk Le Scaphandrier. To jedyny aspekt, który faktycznie działa w historii o nurku-mordercy. Jaskrawoczerwona krew tryska po ekranie hektolitrami wraz z fragmentami ludzkiego ciała, gdy naczelny boogeyman rozpoczyna swoją vendettę na mieszkańcach spokojnej przymorskiej miejscowości. Jednak dosadne gore sprowokowane zostaje skrajnie nielogicznymi postawami i decyzjami bohaterów filmu, co z miejsca degraduje je do taniego chwytu na przyciągnięcie kontentu fanów produkcji pokroju Hostelu czy Piły.

Twórcy starają się ukryć tożsamość i ogólny wygląd morderczego nurka, próbując stworzyć wokół niego aurę tajemnicy i lęku. Szkoda zatem, że każdy plakat i ryciny, na tle których wyświetlone napisy początkowe filmu zdradzają cały strój mordercy z dna oceanu. Ostatecznie jawi się on, niczym upiór ze Scooby-Doo, dodatkowo skropiony czerwoną posoką.

Nieudolność scenopisarska i techniczna Le scaphandrier, oparta również na mało subtelnym przemycaniu jak największej ilości motywów kina grozy, wprowadza kanadyjską produkcję w rejony bawiącego kiczu. Film popełnia właściwie każdą wadę wytykaną slasherom z irytującą, piszczącą damulką w opałach na czele. Marne efekty CGI również nie ominęły produkcji, a komputerowe łodzie wyglądają, jakby stworzono je na maszynach sprzed dwudziestu lat. Jednak wisienką na torcie okazuje się być finał historii, dający Le scaphandrier możliwość przejścia do historii jako produkcja tak zła, że aż dobra.

Film Alaina Vezina to kiepski slasher oparty na kliszach gatunku, nieumiejętnie korzystający z potencjału historii. Twórca za bardzo udziwnia fabułę Le scaphandrier, ostatecznie doprowadzając widzów do nieplanowanych salw śmiechu.

Moja ocena: 3/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.