Splat!FilmFest: Blood Punch

Blood Punch to kiepska wariacja wokół słynnego motywu powtarzalności jednego dnia, zaczerpnięta bezpośrednio z Dnia świstaka. Niestety, poprzez marne postacie i ich fatalne relacje film popada w nieangażujący banał. Całość, w najlepszych aspektach wypada co najwyżej miernie.

Reżyserka, Madellaine Paxon, opiera swój debiutancki film o standardowe klisze amerykańskich teenage movie, starając się połączyć komedię kryminalną z paranormalnym thrillerem. Ostatecznie Blood Punch staje się lekką produkcją dla niedzielnych fanów kina akcji i grozy, a swoją manierą zbyt bardzo bazuje na motywie z Dnia świstaka, nie siląc się na szczególne rozwinięcie czy omówienie całego wątku. Dla twórcy pętla czasoprzestrzeni, w jakiej uwięzieni zostaje główni bohaterowie filmu, to fundament powielania wciąż jednego dowcipu o zabijaniu socjopatycznego Russella (Milo Cawthorne).

Główną osią fabuły produkcji jest fascynacja młodego kucharza amfetaminy, Miltona (Milo Cawthorne), tajemniczą narkomanką, Skyler (Olivia Tennet). Niestety, ich relacja przedstawiona jest na tyle łopatologicznie, że widz ani przez chwilę nie jest w stanie uwierzyć w uczucie iskrzące między dwójką bohaterów. Fatalna klisza, w jakiej osadzono osobowość postaci ustępuje jednak skrajnie przerysowanemu Russellowi. Swoją kreacją szalonego socjopaty przypomina znarkotyzowanego Lexa Luthora (Jesse Eisenberg) z Batman v Superman. Zbyt przeszarżowana rola wyzbywa jego postać z zagrożenia, które potencjalnie oddziaływać ma na pozostałych bohaterów filmu.

Nieumiejętny scenariusz wypełniony został masą fabularnych dziur, a kiepskie twisty czy naciągany humor tylko obniżają zainteresowanie odbiorcy, atakując go śmiertelną nudą. Sterylne kino, jakim jest Blood Punch (bowiem akcja w większości dzieje się w domku w głębi lasu, w którym przebywają trzy główne postacie) w większości bazuje na ciekawych osobowościach i interesujących relacjach interpersonalnych, niestety, wzajemny odczucia bohaterów zostają zapętlone podobnie, jak dzień, w którym zostali uwięzieni. Kontemplacyjnej nudy nie da się zamydlić nawet kiepskimi wstawkami rodem ze slapsticowych komedii.

Blood Punch nie potrafi objąć indywidualnej konwencji ukazywanej historii, rzerując na modzie kina związanej z narkotykowym biznesem (skojarzenie z Breaking Bad jest nieprzypadkowe) oraz wspomnianym Dniu świstaka. Brak uderzenie we właściwy ton rozdziera produkcję między komedią kryminalną, sentymentalnym love story dla nastolatków oraz thrillerem psychologicznym. Skutkuje to faktem, że film wypada z pamięci tuż po opuszczeniu sali kinowej.

Chcą zobaczyć inteligentne kino „jednego dnia” najlepiej sięgnąć po korzenie tego motywu, choć thriller umiejętnie mierzył się już z wątkiem pętli czasowej w Powtórzeniach. Niestety, Blood Punch w żadnym razie nie jest wart seansu, a przynajmniej nie dla kinomanów liczących na inteligentne kino spod znaku thrillera psychologicznego.

Moja ocena: 4/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.