TIFF 2016: Powidoki

Andrzej Wajda znowu przedstawia portret wielkiego człowieka. Człowieka z wizją, charyzmą i niedopasowaniem do czasów i systemu, w którym przyszło mu żyć. Władysław Strzemiński nie chciał podporządkować się socjalistycznej wizji malarstwa. Został przez to wykluczony ze społeczności artystów, a w rezultacie pozbawiony szans na pracę i godne życie.

Powidoki są filmem biograficznym. Opowiedzianym poprawnie z dbałością o szczegóły. Strzemiński (Bogusław Linda) był wizjonerem, inspiracje czerpał z abstrakcji, tworzył nowe koncepcje i definicje sztuki. Posiadał wszystko, czego zabrakło Wajdzie w wykroczeniu poza ramy gatunki i schematycznego opowiadania. Ten film jest do bólu poprawny, nie eksperymentuje z formą czy linearną narracją. Towarzyszymy malarzowi w ostatnich latach życia, kiedy wszystko, na co pracował, zostaje mu powoli odebrane. Uczelnia, studenci, sala wystaw w muzeum aż w końcu możliwość tworzenia. To powolny rozpad, któremu przygląda się córka malarza Nika ( Bronislawa Zamachowska).

Postawa niezłomnej dziewczynki, która tułała się miedzy domem ojca i matki, samodzielnie decydujac o swoim losie, mogłaby stanowić ciekawy kontrapunkt. Wkraczanie w życie w opozycji do umierania. Jednak debiutująca dziewczyna nie ma na tyle charyzmy, aby unieść swoją postać. Pojawia się na ekranie, rzuca kilka uwag, pakuje i rozpakowuje walizkę, ale nie ma w tym wyrazu. Momentu emocjonalnego przebłysku na twarzy, który choć w najmniejszym stopniu pokazałby, z czym zmaga się dziecko opuszczone przez rodziców.

Wajda zatapia się w ponurej atmosferze komunistycznego rozwoju. Pokazuje mechanizmy działania władzy, wpływu i psychologicznego nacisku. Powidoki wypełnione są depresyjną aurą, średnim aktorstwem i efektownymi inscenizacjami. I choć reżyser ucieka od utartego schematu pokazywania biografii malarza. Nie pokazuje, jak Mike Leigh w Panu Turnerze procesu tworzenia. Wciąż pozostaje w komfortowej sferze tego, co jest już znane.

Ocena: 6/10