Splat!FilmFest: Capture Kill Release

Capture Kill Release materiałami promocyjnymi nastawia widza na solidne kino łączące nurty found footage z brutalnym i zarazem improwizowanym mumblegore. Efekt końcowy nie wyróżnia się niestety w żaden sposób na tle innych produkcji paradokumentalnych, a szok jaki wywołuje pozostawia ogromny niedosyt. Ot, horror jakich dużo.

Twórcy, za pomocą tanich chwytów marketingowych i brutalnych plakatów starają się sprzedać ekstremalną produkcję opartą na sprawdzonym schemacie amatorskich nagrań. Ich pomysł kończy się jednak po piętnastu minutach, w trakcie których próbują upchnąć na ekranie jak najwięcej żartów z czarnej księgi dowcipów. Ostatecznie film ani nie szokuje drastyczną sekwencją gore, ani nie wprowadza w zakłopotanie intrygującą interakcją z emocjami odbiorcy, a metaforyczne przesłanie o współczesnym uzależnieniu od mody selfie czy autonagrań staje się tylko płytkim, drugim dnem produkcji.

Fabuła Capture Kill Release skupia się na młodym małżeństwie, pragnącym dokonać brutalnego morderstwa. Swoje perwersyjne marzenie uwieczniają na kamerze. Reżyserzy filmu w nieumiejętny sposób budują napięcie, a oczekiwanie na finałową zbrodnię szybko popada w monotonne śledzenie nudnego Farhanga Ghajara oraz rozszczebiotanej, parodystycznie dominującej i szalonej Christiny Schimmel. W ich relacji wyraźnie jawi się diagnoza współczesnego serwilizmu mężczyzn wobec kobiet. Farhang staje się jedynie neurotycznym pionkiem w rękach pewnej siebie Christyny.

Przygotowania do zbrodni, przesiąknięte błyskotliwym, czarnym humorem szybko wypłukane zostają z absurdu, który faktycznie powraca w finale produkcji, pozostawiając tym samym niedosyt niewykorzystanego potencjału. Trudno też mówić, o jakimkolwiek zżyciu się widza z ekranowymi antybohaterami, bo choć ich relacje potrafią rozbawić odbiorcę, to wciąż jawią się jako niebezpieczni socjopaci z ekranowanego paradokumentu, a ich końcowa powtarzalność i przerysowanie tylko osłabia minimalny poziom sympatii.

Fani ekstremalnego kina z pewnością zostaną rozczarowani ostateczną konkluzją całej historii, szczególnie jeśli czekali na wyrafinowany pokaz krwawych fajerwerków. Capture Kill Release to pułapka kina gore, które pod płaszczem metaforycznej diagnozy uzależnienia współczesnego społeczeństwa od sprzętów pokroju kamery i aparatu, stanowi jedynie pretekst na możliwość epatowania przemocą i seksem. Czyni to nad wyraz pruderyjnie, a dosadność ubiera w ramy czarnej komedii.

Niestety, poprzez tanie koszty realizacji filmów z nurtu found footage, lista niskobudżetowych horrorów stale rozrasta się o nic nieznaczące pozycje pokroju Capture Kill Release.

Moja ocena: 3/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.