RECENZJA: Sługi Boże

Z kinem gatunkowym idzie nam jakoś szczególnie pod górkę. Nie chcę generalizować ani udawać, że statystyki są wystarczającym źródłem wiedzy, ale kryminał mocno się zakurzył. Z archiwum wyciąga go Mariusz Gawryś Sługami Bożymi i udowadnia, że ten gatunek powinien jeszcze pozostać cierpliwym, bo tym razem wyszedł falstart.

Wszystko zaczyna się od niewyjaśnionej śmierci jednej z członkiń chóru gregoriańskiego. Pojawia się nasz komisarz – Warski – który jak mało subtelnie nam sugeruje fabuła – ma skomplikowaną przeszłość. W rozwiązaniu tajemnicy murów kościoła pomaga mu komisarz z zewnątrz, której Warski specjalnie nie ufa… zresztą jak każdemu. Okazuje się, że nie ma on żadnej paranoi czy obsesji, a węch go wcale nie zawodzi. Ta matrioszka nie będzie miała długo końca. Pod dziwnym samobójstwem jest intryga na o wiele większą skale, która dekonspiruje kościół, politykę i przypomina agentów sprzed lat. Fabuła dociera do momentu, kiedy nikt nie jest tym kim był i ciężko nam uwierzyć, że to jest zmyślnie i świadome rozpisane.

Mariusz Gawryś przewinił poprzez nadużycie i brak jakiejkolwiek konsekwencji, czy spójności. Autor daje niestety pokaz grafomanii. Polskie Kod da Vinci, czy Anioły i Demony mu nie wystarczają i obiecująca oniryczno-kryminalna historia z pytaniami o obecność kogoś więcej w wymiarze metafizycznym, zamienia się w coraz dziwniejszy wyścig rozwiązań. Sługi Boże mają apetyt powiedzenia wszystkiego naraz i wychodzi z tego niezrozumiały bełkot kilku osób jednocześnie.

Życiorysy, które na początku intrygują, szybko się diagnozują na naszych oczach i zagadki stają się oczywistościami – w fabule, jak i w pytaniach o poszczególne osoby i ich motywy. Dlatego uwiera jeszcze bardziej pierwsza liga aktorska, która nie ma z czego zagrać.

Oszczędźmy sobie spoilerów, ale mało zgrabne rozdanie podkreśla fakt, że kiedy nadchodzi czas rozwiązania, to jakoś nikt nie łapie się za głowę – może z niedowierzania w jakie niespójne przestrzenie to podąża. Fabuła ma tyle wolności, może biec w każdą stronę, więc w amoku też i tak robi, a sens zostaje w środku, stojąc w miejscu, będąc bardzo zdezorientowanym… jak i widz.

Ocena: 3/10