Splat!FilmFest: Sun Choke

Kreacja Sarah Hagan stanowi esencję filmowych socjopatów – to ona kradnie cały ekran, hipnotyzując widza rewelacyjną rolą Janie. Thriller psychologiczny już dawno nie posiadał tak przerażającej antybohaterki. Niestety, jej postać nie współgra z przewidywalnym scenariuszem, co mocno wpływa na odbiór Sun Choke.

Film rozpoczyna się w momencie domowej terapii głównej (anty)bohaterki. Kobieta, pod rygorystycznym nadzorem Irmy (Barbara Crampton), stara się zapanować nad swoimi emocjami i wspomnieniami. Nie wiadomo, co doprowadziło ją do stanu załamania nerwowego, ani czym ono zaskutkowało. Jedynymi punktami nakierowującymi odbiorcę na genezę Janie są oniryczne wizje kobiety, wypełnione plamami czerwieni. Niestety, gdy tajemnica zostaje rozwiana film popada w fabularny banał, odsłaniając skrytą kliszę konstrukcji scenariusza. Całość godnie ciągną do końca jedynie wspaniałe zdjęcia Mathew Rudenberga i stojące wysokim poziomie aktorstwo.

Sarah Hagan włada ekranem. Trudno nie uwierzyć we wiarygodność jej kreacji, gdy uspakaja czujność widzów łagodną i infantylną stroną osobowości. Wszystko zmienia się, gdy Jaine popada w obsesję na punkcie przypadkowej dziewczyny. Śliczna Sara Malakul Lane, znana dotąd jedynie z produkcji pokroju Sharktopus, idealnie wpasowuje się w kreację naiwnej Savannah, jednak to Sarah przyciąga uwagę odbiorcy. Sposób w jaki odgrywa postępującą nerwicę swojej bohaterki równa się kultowej roli Kathy Bates z filmu Misery. Jej łagodne oblicze w sekundzie potrafi przybrać socjopatyczną aurę mordercy, a jasnoniebieskie, zimne oczy dopełniają przerażającego wyglądu.

Poprzez senną atmosferę oraz jasne kadry film oddziałuje na odbiorcę w sposób niemal hipnotyzujący, a ciekawe ujęcie choroby kobiety – nerwica seksualna, niejednokrotnie wprowadza widza w cierpkie zakłopotanie. Szkoda, że wyjaśnienie psychicznych zaburzeń choroby Janie sprowadza się do konkluzji w postaci zbędnego dopowiedzenia, które nie pozostawia choć krzty interpretacyjnej swobody. Z drugiej strony stanowi ono związanie wszystkich wątków oraz snów i retrospekcji głównej bohaterki, co składa się na spójną wizję artystyczną reżysera i scenarzysty Sun Choke, Bena Crescimana.

Również intrygujące zdjęcia Mathew Rudenberga stanowią o wysokim poziomie artystycznym produkcji, a ich prostota przekazu zastąpiona zostaje niepowtarzalnym urokiem kompozycyjnym. Niczym główna bohaterka, operator potrafi w płynny sposób zmienić subtelny obraz w pełną przemocy scenę rodem z filmów gore.

Sun Choke intryguje na wstępie, jednak prawdziwym walorem produkcji jest jej warsztat artystyczny i to on zasługuje na główną uwagę w trakcie seansu. Kino artystyczne z Ameryki? A jednak.

Moja ocena: 6/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.