Splat!FilmFest: Podsumowanie (dzień VII - ostatni)

I oto nastał ostatni, siódmy dzień Splat!FilmFestu, z honorem kończący rewelacyjny festiwal kina grozy. Blok filmów krótkometrażowych po raz kolejny pokazał różne oblicza strachu, a późniejsze produkcje pełnometrażowe w zabawny sposób zobrazowały życie zabobonnej prowincji, nakarmiły widzów pozycją kipiącą od solidnej dawki testosteronu oraz przeraziły brutalnym konfliktem między zespołem punkowym, a przestępczą grupą skinheadów. W panelu znalazło się nawet miejsce na ambitne kino artystyczne, jakim była Clarisse or something About Us.

Blok filmów krótkometrażowych został bardziej zróżnicowany jakościowo od poprzedniego, piątkowego. Obok perfekcyjnych perełek pokroju I could eat a horse, stworzonego w animacji poklatkowej o głodnym studencie i kebabie dla myszy znalazły się mało udane produkcje, a wśród nich amerykańska Pigskin opowiadająca oklepaną historię o nastolatce cierpiącej na poważne kompleksy związane z otyłością, co zaburzało jej poprawne funkcjonowanie w społeczeństwie. Niestety, nie sprawdził się również polski Niżej podpisana, atakujący odbiorcę wulgarną pretensjonalnością – szkoda, bo ciekawy montaż i psychodeliczny klimat wznosiły film do rangi międzynarodowej. Równie źle wypadł singapurski Bad Throttle, podchodzący do nurtu torture porn z dużą dawką humoru i dystansu. Niedzielny maraton definitywnie należał do produkcji animowanych – obok wspomnianego I could eat a horse, znalazła się ironiczna satyra na branżę muzyczną (Muscle Face – DJ Remix) oraz sentymentalna Shell (zrealizowane w technice CGI wyobrażenie dwuletniej walki z nowotworem ojca reżysera wizualnie przypominało dzieła Zbigniewa Beksińskiego). W panelu nie zabrakło zaawansowanej technicznie i przepięknej wizualnie Rinse and Repeat, przewidywalnego, postapokaliptycznego Monsters oraz intrygującego i tajemniczego Obscurum. Fani grozy z pewnością dobrze odebrali też Portal to Hell, obśmiewający estetykę horrorów lat ’80.

I could eat a horse

Równie ironiczny okazał się być pierwszy film pełnometrażowy, The Rotten Line. Satyra na małomiasteczkowość w zabawny sposób godziła w mieszkańców drobnych wiosek, wyśmiewając ich zabobonność i życie losami sąsiadów. Niekonwencjonalne zakończenie mogło zaszokować niejednego widza swoją przewrotnością i dużą dawką czarnego humoru.

The Rotten Link

My Father Die okazał się prawdziwą torpedą, zastrzykiem adrenaliny wstrzykniętym w samo serce widza. Męskie kino sentymentalne przeładowane zostało idealnie przerysowanymi, ekranowymi twardzielami, a kolejne pojedynki na spluwy, Harleye Davidsony, muscle cars i piękne kobiety tylko podkręcały znakomitą konwencję, w jakiej osadzono historię zemsty na brutalnym ojcu. Synowie anarchii spotykają tu tegoroczne Psy mafii i razem idą do baru na tequillę.

My Father, Die

Przedostatni film Splat!FilmFest zaprezentował zupełnie nowe, nieznane oblicze festiwalu. Clarisse or something About Us to ambitne kino artystyczne, wypełnione metaforami i wieloznacznością. Właściwie każda scena filmu posiadała bogate, głębokie drugie dno. Poetyka obrazu potrafiła zahipnotyzować odbiorcę, a interpretacji Clarisse jest pewnie tak wiele, jak widzów na sali widowiskowej Lubelskiego Centrum Kultury.

Clarisse or something About Us

Festiwal grozy zakończył z przytupem amerykański Green Room. Walka między punkami a skinheadami jeszcze nigdy nie osiągnęła tak brutalnego poziomu. Film wgniatał w fotel dosadnym napięciem, a gęstą atmosferę (zarówno na ekranie, jak i na audytorium) można było kroić nożem. Dla każdego fana produkcji o osaczeniu i ucieczce Green Room to pozycja obowiązkowa.

Green Room

I tak zakończył się tegoroczna, druga edycja Splat!FilmFestu. Rewelacyjny dobór filmów stworzył istny kolaż wszelkich konwencji i nurtów horrorów oraz kina ekstremalnego. Meksykańskie kartele, psychodeliczne koty, subtelne historie o duchach, zombie, kebab z człowieka… Większość produkcji prawdopodobnie nie ukaże się w polskiej dystrybucji, więc Splat!FilmFest stanowił jedyną okazję na zapoznanie się z nimi. Prócz tego festiwal bogaty był w ciekawe wykłady, konkursy, niespodzianki (w weekend w losowaniu przed każdym filmem dwie osoby wygrywały zestaw przerażających babeczek) i spotkania z twórcami. Jeśli jesteś fanem kina grozy, to do diabła!, czemu Cię tu nie było? Do zobaczenia za rok!


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.