Splat!FilmFest: Clarisse or something about us

Petrus Cariry tworzy prawdziwą poezję przy pomocy aktorów i rekwizytów. Clarisse or something about us to 82-minutowy wiersz, a każda sekwencja filmu przypomina wielowarstwową strofę, naszpikowaną licznymi metaforami i przenośniami. Ostatecznie brazylijska produkcja staje się krótkim filmem o starości i samotności.

Twórcy umiejętnie balansują na granicy realizmu i metafizyki, bytu i destrukcji, miłości i nienawiści. Clarisse (Sabrina Greve) odwiedza swojego umierającego ojca, Samuela (Everaldo Pontes), stanowiącego dla kobiety esencję zła i wszelkich upokorzeń. Niczym uosobienie antychrysta dewastuje on metafizyczne symbole świętości – kolejno patroszy białą gołębicę (w religii chrześcijańskiej to symbol Ducha Świętego) i zakrywa mistyczne obrazy. Piękno widziane przez pryzmat jego światopoglądu zamyka się w martwych motylach, które ochoczo zbiera w specjalnym albumie. To przez brak szacunku dla życia, który ojciec wpajał swoim dzieciom, zginęła siostra bliźniaczka Clarisse, przykładając do głowy załadowany pistolet. Kobieta nigdy mu tego nie wybaczyła.

Ciekawie kreuje się postać tytułowej bohaterki. Widz spotyka kobietę w chwili postępującej depresji. Znajduje się ona na granicy bytu i niebytu, odcinając się od prawdziwych odczuć i uczuć oraz brakiem poczucia materializmu swojego ciała Dla ojca z kolei córka jawi się jako anioł śmierci, który przyszedł po jego duszę – taki zresztą jest jej zamiar. Obserwując postępującą chorobę rodzica, Clarisse przenika do świata realnego, odkrywając tym samym rozkosz z seksualności, jednoznacznie kojarzonej z poczęciem, a więc życiem.

Clarisse or something about us to kino kontemplacji i wyciszenia. Melancholijne tempo narracji oraz brak celowości fabuły pozwala widzowi stopniowo przenikać w zaprezentowaną historię. Długie sceny uspakajają, pozwalając zapomnięć o wewnętrznym napięciu widza. Reżyser, Petrus Cariry, w żaden sposób nie naprowadza odbiorcy na wyjaśnienie swojej wizji artystycznej – daje mu swobodę na indywidualną analizę i interpretację ukazanej historii. W Clarisse or something about us nie ma też miejsca na perswazję konkretnej idei czy nurtu intelektualnego. Twórcy pozostawiają niewielkie poszlaki, pozwalając stąpać odbiorcy w ciemnościach w stronę kierunku, który obierze on za słuszny.

Twórcy skupiają się na uchwyceniu przemijania, odzwierciedlonego poprzez zmiany nagiego ludzkiego ciała. Samuel ukazany zostaje jako kruchy starzec, co uwypuklone zostaje za każdym razem podczas kąpieli. Woda w wannie każdego dnia staje się coraz brudniejsza – dni mężczyzny są już policzone. Cała sceneria ulega stopniowemu rozkładowi i popada w nieczystość aż do momentu śmierci starca. Wtedy służąca płucze podłogę domu wodą z wanny i wszystko wraca do normy. Przyroda na powrót rozkwita, a Clarisse powraca do materialnych aspektów bytu – metaforyczna scena ostrego seksu w strumieniach krwi to najdosadniejsza przenośnia życia, jaką ukazano na ekranie.

Równie inteligentne i warte zapamiętania stają się aforyzmy, wypowiadane przez bohaterów produkcji. Stanowią one kwintesencję stonowanego rozliczenia się z minionymi wydarzeniami oraz podkreślają wzajemną miłość, a zarazem nienawiść dwójki postaci. Ostatecznie śmierć ojca rozpoczyna nowy etap w życiu Clarisse, wyzbyty z depresyjnych demonów przeszłości.

Istnieje wiele kluczy do analizy Clarisse or something about us. W filmie znajduje się nagromadzenie symboliki sakralnej, a jedną z poszlak jest mizoginizm, jakim cechuje się Samuel wobec dwóch kobiet, z którymi mieszka. Jedno jest pewne, ilu widzów na sali, tak wiele interpretacji.

Moja ocena: 8/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.