RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 11

Twórcy Fear the Walking Dead powinni już przyzwyczaić swoich odbiorców do ciągłego zawodzenia, permanentnej nudy i monotonnego odcinania kuponów od serii The Walking Dead. Jedenasty epizod mimo ciekawej intrygi związanej z żywymi trupami jest przegadany i nużąco patetyczny.

Drugi sezon Fear the Walking Dead wydłużony został aż o piętnastu odcinków, gdy pierwszy liczył ich zaledwie sześć. Co za tym idzie, epizody stają się wyraźnie przeciągnięte, a akcja minimalnie przesuwa całą historię do przodu, ginąc gdzieś w potoku monotonii i przegadanych dialogów. Aby w pełni zaangażować odbiorcę, fabuła powinna zostać skondensowana do maksymalnie dziesięciu epizodów, może wtedy byłoby na czym zawiesić oko.

Scenarzystka, Kate Erickson, próbuje podejść widzów, grając na ich emocjach – zapomina jednak, iż Fear the Walking Dead nie jest pierwszą produkcją o zombie, a sentymentalny wywód męża, który stracił żonę jest skrajnie przewidywalny i wyzbyty z jakichkolwiek odczuć. Na tym polega największy problem serii. Brak interakcji z widzem, pozbawienie wydarzeń, które byłby w stanie zaangażować odbiorcę przyprawia serial o cierpką monotonią. Fear the Walking Dead zostaje wyzbyte ze zwrotów akcji, intrygujących postaci i interesującej historii… Więc na co tu patrzeć?

Jedenasty epizod zaczyna się sceną zapełniającą fabularną dziurę z poprzedniego odcinka. Niestety, zamiast ciekawej sceny batalistycznej z Madison (Kim Dickens) i Victorem (Colman Domingo), widz uraczony zostaje tradycyjnym mazaniem się we krwi ożywieńca, by stać się niewidocznym dla reszty wygłodniałych żywych trupów. Powtarzalność tego motywu degraduje serial, a inwencja twórcza scenarzystki równa się znajomości poprzednich epizodów. Sam wątek wakacyjnego kurortu oraz jego gości ewoluuje w ciekawą stronę, nareszcie zachowując proporcje thrillera psychologicznego z zombie movie. Wzajemne żale i toksyczne zależności są równie niebezpieczne, co wygłodniałe żywe trupy.

Drugim wątkiem przewodnim obecnej serii są losy Nicka (Frank Dillane), walczącego o pozycję społeczną w religijnej kaście. Jedenasty epizod zarysowuje jedynie kluczowe aspekty, które rozwinięte zostaną w późniejszych odcinkach. Oczywiście, są one zaznaczone w przegadanych dialogach. Szczególnie intrygującym motywem wydają się losy Alejandra (Paul Calderon). Mężczyzna to jedyny człowiek, któremu udało się przeżyć ugryzienie zombie – nie wiadomo jaka tajemnica za tym stoi, ani czy Meksykanin nie jest tylko pozorantem, starającym się zjednać potencjalnym cudem religijną kastę.

Showrunnerem Fear the Walking Dead jest Robert Kirkman, jednak z przykrością należy przyznać, że kultowy ojciec The Walking Dead nie radzi sobie z serialową karierą twórcy. Podobnie, jak w Outcast: Opętanie, tak i w serii o żywych trupach popada on w określoną konwencję, którą następnie wyczerpuje do zera, bazując na jednym i tym samym pomyśle. Przesadny patos, nieciekawa fabuła oraz oklepane schematy zachowań i postaci wskazują, że serial nie jest formą przekazu, w której Kirkman radzi sobie równie dobrze, jak w tworzeniu komiksów.

Do końca sezonu zostały jeszcze cztery odcinki. Pokażą one, czy twórcy nie odstraszą fanów od trzeciej serii Fear the Walking Dead i czy faktycznie jest się czego bać.

Moja ocena: 5/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.