RECENZJA: Morgan

Tym razem daleko pada jabłko od jabłoni. Luke Scott nie dorównuje w kunszcie swojemu ojcu, Ridleyowi, a jego debiutanckie pełnometrażowe dzieło cechuje brak oryginalności i przewlekła nuda. Syn genialnego twórcy nie jest wizjonerem – to budowniczy, składający swoją produkcję z licznych motywów kultury i popkultury.

Morgan nie jest ambitnym kinem SF diagnozującym problem ludzkości, daleko mu też do futurystycznej wizji rozwoju technologii i usprawnienia codziennego życia. Dla Luke Scotta produkt badań i fantastyczno-naukowa konwencja stają się jedynie pretekstem do stworzenia humanoidalnej istoty rodem z horrorowych slasherów. To nieangażująca wariacja nad oklepanym motywem potwora Frankensteina – mimo naukowego przełomu stworzenie nie jest w stanie przystosować się do funkcjonowania w społeczeństwie, co prowadzi do tragedii. Jedynym problemem postawionym w Morgan jest ingerencja człowieka w rozwój nauki i techniki. Czy warto inwestować potężne sumy pieniędzy w potencjalne zagrożenie? Jednak cały wątek potraktowany zostaje po macoszemu, nie angażując widza, ani nie stawiając absorbujących pytań.

Nauka zawarta w sformułowaniu science-fiction ogranicza się w filmie do scjentystycznego bełkotu rodem z komediowych kreskówek, gdzie widz zaczyna zastanawiać się, czy zaprezentowana terminologia faktycznie istnieje, czy została stworzona jedynie na potrzeby produkcji. Niczym Drem (Delphine Chanéac) w Istocie czy Ava (Alicia Vikander) z Ex Machiny, tak i tytułowa bohaterka widowiska Luke'a Scotta jest humanoidalnym produktem długich badań, który ukrywa się w laboratorium za pancerną szybą. Mimo prób socjalizacji, naukowe dziecko, odwraca się od swoich „rodziców”. Wrażliwe na negatywne bodźce staje się tradycyjną maszyną do zabijania. Potencjalnie Morgan (Anya Taylor-Joy) posiada nadprzyrodzoną inteligencję, jednak motyw ten ogranicza się jedynie do słów naukowców – twórcy w ani jednej scenie nie prezentują faktycznych zdolności intelektualnych wyprodukowanego stworzenia.

Tworząc swój pierwszy, krótkometrażowy film, Loom, Luke Scott umiejętnie wykształcił własny, oniryczny styl wpisany w gatunek kina fantastyczno-naukowego. Niestety, konwencja Morgan to popłuczyny po kameralnych produkcjach SF ostatnich lat, a niewykorzystany potencjał starej rezydencji graniczy z absurdem. Do specyfiki sennego przedstawienia obrazu w filmu polegającego na natężeniu określonego koloru, a następnie nadaniu mu lekko rozmazanego, pastelowego natężenia, Scott wraca dopiero w finalnych scenach leśnych, jednak wtedy jest już za późno, by ocalić widowisko.

Główną bohaterkę Morgan wciela się Kate Mara. To typowa postmodernistyczna protagonistka, której postawa wyraża modny ostatnio motyw równouprawnieniu postaci kobiecych i męskich. Niczym Clarice (Jodie Foster) z Milczenia owiec biega ona samotnie po lesie, by dobitnie podkreślić swój indywidualizm oraz skupienie na rozwoju. Niestety, jej oziębłość i brak ekspresyjnych emocji w żaden sposób nie prowadzi do integracji z odbiorcą. Aktorka sprawdza się dopiero w scenach akcji, których choreografia faktycznie działa. Prócz Lee w zasadzie każda postać w filmie zostaje jedynie delikatnie zarysowana, a ich płaskie osobowości sprawiają, że widz ani na moment nie potrafi zaangażować się w losy bohaterów. Jedynym jasnym punktem pośród skrajnej przeciętności jest tytułowa Morgan. Aktorka zdolnie budzi w odbiorcy poczucie współczucia i żalu wobec jej zagubienia i nieświadomej tragedii, jaką ściągnęła na siebie – później równie skutecznie przeraża swoją przemocą i naturalną nienawiścią. Poronionym pomysłem było natomiast umieszczenie w obsadzie kultowej Jennifer Jason Leigh, dając jej do zagrania trzy sceny i dwie kwestie.

Ostatecznie Morgan przysporzy o wiele więcej radości miłośnikom horrorów, niż kina SF, jednak obie grupy odbiorców muszą przygotować się na dominującą monotonię i nudę.

Moja ocena: 3/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.