RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 12

Ciężko uniknąć pejoratywnych określeń pisząc o serialu, który zdołał przyzwyczaić fanów do ciągłego zawodzenia, wystawiania na pastwę drażniących bohaterów i pogrążania w gąszczu irracjonalnej fabuły. Codzienna rutyna postapokaliptycznego świata przeradza się w niecodzienny absurd podejmowanych decyzji. Panie i Panowie, oto Fear the Walking Dead – dziś wyjątkowo w ciut lepszej formie.

I stało się… Spin-off The Walking Dead został lustrzanym odbiciem serialu-matki. Mafia, handel wymienny, ostatnie bastiony ludzkości stopniowo przejmowane przez gangsterów – brzmi znajomo? Jednak znając obecną sytuację polityczną i społeczną w Meksyku, główne wątki dwunastego odcinka nie stają się jedynie elementem postapokaliptycznej rzeczywistości, w której dominacja sprowadza się do schematu władzy ludzi pierwotnych. Fear the Walking Dead pod płaszczem apokalipsy zombie trafnie ujmuje problemy południowych sąsiadów Ameryki, tworząc swoisty manifest kulturowy.

Z drugiej strony scenarzystka odcinka, Carla Ching, prezentuje negatywne aspekty działalności sekt i zamkniętych grup religijnych. Po ucieczce jednej z rodzin mieszkających w Koloni Alejandro (Paul Calderon) zakazuje opuszczania wioski komukolwiek. Scena obrzędowego kazania wiernie odzwierciedla zależność ludzi od swojego guru. Bunt narasta jedynie w Nicku (Frank Dillane), co w ciekawy sposób prowadzi do iskrzącego konfliktu między religijną kastą a lokalną mafią.

Najgorzej wypada wątek wakacyjnego kurortu oraz bohaterów, którzy są z nim powiązani. Związek przyczynowo-skutkowy kolejnych motywów i ludzkich reakcji pozostawia wiele do życzenia, a próba wydobycia psychologicznej głębi postaci woła o pomstę do nieba. Infantylna postawa Madison (Kim Dickens) po raz kolejny godzi w widza, a jej irracjonalne decyzje pogrążają serial w mrokach kiepskich historii o żywych trupach. Ból macierzyństwa bohaterki przeradza się u widza w kłujące poczucie wyczerpania formy i braku pomysłów ze strony twórców serialu.

W Fear the Walking Dead na wysokim poziomie stoi nareszcie warsztat techniczny. Operator nie traktuje kamery jako symulatora postępującej choroby parkinsona, a stworzone zdjęcia osób i krajobrazów oddają ponure poczucie osamotnienia, braku cywilizacji i uwięzienia.

No właśnie, w dwunastym epizodzie Fear the Walking Dead właściwie każda postać cierpi z powodu pewnej formy zniewolenie – zarówno fizycznego, jak i psychicznego. Madison nie może podjąć decyzji, które uważa za słuszne, gdyż spotkałoby się to z brakiem akceptacji osób mieszkających w hotelu; brat jednego z mieszkańców wioski jest więźniem narkotykowego nałogu; Ofelia (Mercedes Mason) z kolei nie potrafi odpędzić się od retrospekcji, które omamiają jej zachowanie oraz zaburza umiejętność planowania. A jest to zaledwie garstka pośród zniewolonych postaci pojawiających się w dwunastym odcinku serialu.

Fear the Walking Dead powoli odbija się od dna. Nie wiadomo jednak czy się wynurzy, czy twórcy ponownie nie przywiążą mu do nogi ciężkiego kamienia.

Moja ocena: 6/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.