RECENZJA: Argentyna, Argentyna

Filmy historyczne już dawno znalazły inne sposoby ekspresji, niż monotematyczne referowanie spiętej chronologii wydarzeń, bez chociażby jednego rumieńca na twarzy. Carlos Saura i jego „Argentyna, Argentyna” jest doskonałym przykładem skutecznej hybrydy gatunkowej, bez elementów "obcości" mimo że poznajemy coś dla nas mocno odległego. Autor wierzy, że muzyka naprawdę łagodzi obyczaje i może być świetnym oraz jedynym narratorem w filmie.

Jego odyseja muzyczna jest też wędrówką w duszę rozpalonej i impulsywnej krainy Ameryki. Ludowe melodie przecinające się z bez skrępowania czy kompleksu bycia archaicznymi z nowoczesną muzyką pokazując nam zróżnicowanie oraz przekrój muzyczny, ale też ten kultury, wprowadzając refleksje o nieregularnej tożsamości swoich obywateli.

Wydaje się, że Carlos Saura kieruje się w swojej kreacji i prezentacji credo: Pokaż mi co się u was gra, a powiem ci kim jesteście. Autor odkodowuje budowę każdego szczegółu kultury Argentyńskiej poprzez dźwięki. Dzięki tej skrupulatności, ale mentalności „Piny”, a nie lekcji muzyki, tworzy wybuchowy album tamtejszych terenów. Ich nie miesząca się w tabelach energetycznych kultura zostaje zubożona w każdym przewodniku turystycznym i poprzez film "Argentyna, Argentyna" udaje się reżyserowi językiem Argentyny opowiedzieć o niej, a że taniec to język uniwersalny – to nikt ni potrzebuje tłumaczenia.

Ocena: 7/10