RECENZJA: Viva

Nigdy nie jest za późno na pojednanie. Miłość skrywana pod powłoką żalu i nienawiści znajdzie ujdzie w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, uwypuklając przywiązanie i wzajemną troskę. Paddy Breathnach opowiada o świecie, który dość mocno zatopiony jest w stereotypach, a wszelkie odejście od klasycznego schematu traktuje się w kategorii patologii i wypaczenia. Stąd trudność odnalezienia wspólnego języka między ojcem – macho a synem – transwestytą.

Viva zachwyca wyjątkową subtelnością opowiadania o różnych rodzajach siły męskiej. Reżyser nie tylko skupia się na mięśniach i postawie, ale na odwadze do życia w zgodzie ze sobą i swoimi pragnieniami. Jesus (Hector Medina) jest delikatny i uczuciowy. Zajmuje się fryzjerstwem i czesaniem peruk dla transwestytów występujących w klubie. Żyje samotnie, ledwie wiąże koniec z końcem, ale nieustannie podejmuje walkę o swoje marzenia. Szczególnie wtedy, kiedy po raz pierwszy staje na scenie i w kobiecym przebraniu śpiewa dla publiczności. Jego względnie uporządkowane życie wywraca do góry nogami powrót ojca, który został zwolniony z więzienia. Angel (Jorge Perugorria) jest byłym bokserem z mroczną przeszłością i uzależnieniem od rumu, a do tego ze skłonnością do destrukcji i despotyzmu.

Breathnach opiera swoją opowieść na kontrastach: siła i delikatność, boks i śpiew, macho i zniewieściałość, ale nie przykleja bohaterom oceniających łatek. Jesus przybiera symboliczne imię Viva i godzi się ze swoją tożsamością, przechodząc od strachu i lęku do pewności siebie. To on okazuje się najbardziej „męskim” i odpowiedzialnym bohaterem, który nie tylko dba o siebie, ale troszczy się o zagubionego emocjonalnie ojca oraz porzuconą sąsiadkę.

Ta kubańska produkcja próbuje się zmierzyć z silnie zakorzenioną kulturą macho i pokazuje, że nie ilość testosteronu świadczy o dojrzałości i męskości, która wiąże się z umiejętnością stanowienia o sobie, ale przede wszystkim troszczenia o innych. Viva składa się z pięknych rozmów i cichych gestów porozumienia między ojcem i synem. Daje przykład akceptacji i subtelnego opowiadania. To kino gestów, które na długo pozostają w pamięci. Breathnach zachwyca empatią i wrażliwością patrzenia.

Moja ocena: 7/10