RECENZJA: Fear the Walking Dead - sezon 2, odcinek 13

Trzynasty odcinek Fear the Walking Dead cofa widzów w czasie, ukazując losy Travisa i Chrisa. Sentymentalna historia o ojcu i synu wpływa na emocje odbiorcy, a zdjęcia zachwycają swoją kompozycją i odmiennym sposobem kadrowania w stosunku do poprzednich epizodów serialu. Żywe trupy już dawno nie były w tak dobrej formie.

Walka Travisa (Cliff Curtis) o swojego socjopatycznego syna, Chrisa (Lorenzo James Henrie) oraz próba przystosowania młodzieńca do życia w postapokaliptycznym świecie przypomina zmagania doświadczonego Dedala z lekkomyślnym i nieposłusznym Ikarem. Chłopak nie słucha rad rodzica, odrzuca jego troskę, miłość i wsparcie. Tragedia, która rozegrała się w dziesiątym epizodzie bieżącego sezonu w żaden sposób nie wpływa na światopogląd młodzieńca. Co więcej, Chris jest przeświadczony o stosowności podjętej decyzji, a w takim przekonaniu utwierdzają go dwaj równie niebezpieczni nastolatkowie: James (Israel Broussard) i Derek (Kenny Wormald). Travis jest bezradny wobec groźnej trójki uzbrojonych (prawie)mężczyzn.

W kontekście produkcji o zombie motyw ten jest o tyle ciekawy, że nie wiąże się z bezpośrednią utratą kogoś bliskiego wskutek śmierci czy jego zamiany w ożywieńca. Widz obserwuje zanik pozytywnych relacji ojca z synem związany z buntem okresu dorastania, wpisanym w konwencję serialu o żywych trupach oraz stopniowo postępującą, niezdrową fascynację przemocą. Chris zostaje buntownikiem w świecie, którym rządzi anarchia.

Scenarzystka, Kate Erickson, buduje odcinek na bazie retrospekcji. Sentymentalna historia opowiadana Madison (Kim Dickens) przez Travisa wpływa na emocje odbiorcy, a jej zakończenie odbiega od tradycyjnych klisz czy nawiązań do schematów zaczerpniętych z serialu-matki, The Walking Dead. Równie poruszająca jest postawa samotnego ojca, szczególnie w sytuacji, gdy mężczyzna zaczyna analizować każdy wariant swojego postępowania, szukając popełnionego błędu. Szkic profilu psychologicznego bohaterów nareszcie w wiarygodny i angażujący sposób oddaje ich zagubienie w zupełnie nowym starym świecie, rządzącym się odmiennymi, amoralnymi prawami.

Kolejnym mocnym punktem trzynastego epizodu są rewelacyjne zdjęcia, za które odpowiedzialny jest Robert Humphreys. Początkowa sekwencja, bazując jedynie na ciekawych ujęciach, wskazuje jak niewiele potrzeba ludziom, by przerodzić się w bezkształtną hordę, pozornie przypominającą grupę zombie. Kolejne kadry z lotu ptaka podkreślają artystyczne walory odcinka, a sceny pozbawione dialogów, dzięki odpowiedniemu ukazaniu każdego bohatera czy umiejętnej prezentacji określonego zjawiska, skłaniają widza do chwilowego wyciszenia i kontemplacji.

Fear the Walking Dead to jeden z nielicznych odcinków serii, które mogłyby posłużyć za podręcznikowy przykład tworzenia produkcji z nurtu zombie movie. Na takie żywe trupy czekali fani historii o powrotach zmarłych i oby znów nie musieli rozczarować się zaniżonym poziomem kolejnych epizodów. Do końca sezonu zostały dwa odcinki – czy twórcom uda się zachować wysoką formę?

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.