RECENZJA: American Horror Story: Roanoke - odcinek 1

American Horror Story w ostatnim sezonie serii cofa się do kolebki, po raz kolejny biorąc na warsztat historię o nawiedzonym domostwie. Tym razem jest mroczniej, brutalniej, a sama konwencja wielokrotnie nawiązuje do modnego nurtu found footage. Całość jawi się jako solidna, lecz mało oryginalna historia z dreszczykiem.

Twórcy igrali z fanami American Horror Story, nie ujawniając fabuły kolejnego sezonu aż do momentu premiery pierwszego odcinka. Nic dziwnego, Roanoke to pozornie klasyczne ghost story o ulokowanym w głębi lasu nawiedzonym domostwie. Nadprzyrodzone zjawiska mają tu miejsce na porządku dziennym, w nocy słychać przerażające odgłosy z ogrodu, a jumpscary podkreślone zostają głośną, jazgotliwą muzyką. Mimo to szósty sezon faktycznie angażuje odbiorcę tajemniczym klimatem i brakiem sprecyzowanego zagrożenia. To moment, w którym widz obarczony zostaje wieloma enigmatycznymi pytaniami, lecz na żadne z nich nie uzyskuje odpowiedzi.

Scenarzyści, Brad Falchuk i Ryan Murphy prowadzą inteligentny dialog z konwencją filmów paradkumentalnych. Cały odcinek to pozorny reportaż, w którym główni bohaterowie opowiadają do kamery o swoich przeżyciach, a ich słowa zostają zobrazowane przez innych aktorów. Dodatkowo w pierwszym odcinku pojawia się motyw telewizora emitującego film nakręcony w stylu found footage (chaotyczna kamera i narracja pierwszoosobowa), a Matt (Cuba Gooding Jr.) montuje monitoring w okolicach domostwa. By tego było mało jednym z głównych elementów grozy stają się drewniane laleczki, przypominające te z pierwszego paradokumentalnego horroru w historii kina – Blair Witch Project. Pozostaje mieć nadzieję, że found footage’owe elementy będą jedynie pobocznym motywem służącym budowaniu nastroju grozy, a nie przewodnią formą narracji.

Pośród znanych twarzy, pojawiających się w American Horror Story właściwie od pierwszego sezonu (Sarah Paulson, Kathy Bates, Lily Rabe oraz Angela Bassett), grozę opętanego domostwa poczuje również debiutujący w serii Cuba Gooding Jr.. Niesety, jego aktorskie amplua nie sprawdza się w konwencji ekranowego przerażacza, a sam aktor jest póki co najmniej przekonującą postacią Roanoke'a. Sylwetki pozostałych bohaterów nakreślone zostają schematem typowym dla serii – to ludzie z mroczną przeszłością, którzy przeżyli już wiele bólu i cierpienia, a ku ich rozczarowaniu oczekiwany spokój przeradza się w najgorszy koszmar.

Tradycyjnie dla American Horror Story najmocniejszym punktem całego spektaklu grozy staje się rewelacyjna scenografia, tworząca mroczny, angażujący widza klimat. Rezydencja Millerów spełnia każdy wyznacznik nawiedzonego domu, a las wokoło wywołuje nieprzyjazną atmosferę odosobnienia. Równie dobra jest też praca kamery, umiejęnie ogrywająca każdy światłocień.

Wątki rozpoczęte w pierwszym odcinku Roanoke'a wyraźnie wskazują, że groza bieżącego sezonu nie będzie związana jedynie z nawiedzonym domostwem, a twórcy chowają kilka asów w mrocznym rękawie. Wszystko po to, by przerazić widzów po raz ostatni, na do widzenia.

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.