RECENZJA: American Horror Story: Roanoke - odcinek 2

Nawiedzenia nastał czas. Drugi epizod finalnego sezonu American Horror Story buduje tradycyjną dla serialu formę szkatułkowej narracji, w której jedno zagrożenie wynika bezpośrednio z drugiego. Efekt końcowy prowadzi do całkowitego osaczenia przez zło, zaczynającego przybierać przerażającą, bo ludzką formę.

Konwencja szóstego sezonu American Horror Story nadal tworzona jest na kanwie telewizyjnego reportażu. Innowacyjny zabieg zaburza niestety pełne zaangażowanie się w historię nawiedzonej willi małżeństwa Millerów. Poprzez potencjalną rekonstrukcję wydarzeń, widz nie czuje zagrożenia czyhającego na głównych bohaterów. Ich zagubienie w paranormalnym świecie ogranicza się jedynie do lęku budowanego poprzez znakomicie oddany klimat, a nie walkę na śmierć i życie z lokalnymi upiorami oraz sektą. Z drugiej strony trudno jest obawiać się o losy postaci z Roanoke'a, skoro „prawdziwi” świadkowie tych zdarzeń osobiście je relacjonują – co za tym idzie, musieli przetrwać tę amerykańską historię grozy. Cały sezon to wyjątkowo wyraźna iluzja stworzona przy pomocy aktorów i studia filmowego, stawiająca grubą, betonową czwartą ścianę.

Scenarzysta Tim Minear raczy widzów pierwszą poboczną historią z dreszczykiem, której niektóre aspekty zahaczają o główny wątek opętanego domu oraz szeregu nawiedzeń. Tradycyjnie stąpa ona po cienkiej granicy między przerażającym horrorem a tanią pulpą rodem z Opowieści z krypty. Pielęgniarki Miranda (Maya Rose Berko) i Bridget (Kristen Rakes) mordujące starców we własnej klinice przywodzą na myśl skojarzenia z drugim sezonem American Horror Story, a słowo Murde® wypisane krwią pacjentów na jednej ze ścian wprowadza wyraźne nawiązania do kultowego Lśnienia Stanleya Kubricka. Innym klasycznym motywem kina grozy, który swoje korzenie ma właśnie w słynnej ekranizacji powieści Stephena Kinga jest dziewczynka Flora (Saniyya Sidney), przyjaźniąca się z niewidzialnymi duchami, szepcącymi jej na ucho wyjątkowo nieprzyjemne rzeczy…

Twórcy bawią się konwencją found footage. Tym razem Shelby (Sarah Paulson) wraz z Mattem (Cuba Gooding Jr.) odnajdują kasetę VHS, na której nagrane są ostatnie słowa pisarza zamieszkującego przed laty ich domostwo. Słaba jakość nagrania oraz socjopatyczne spojrzenie Banka Repa (Jonathan Pessin) budują przerażający, tajemniczy klimat. Ciekawa wstawka wprowadza intrygujące urozmaicenie do przedstawionej historii, a sam motyw nie jest na szczęście dominującym aspektem całego odcinka.

Bohaterowie Roanoke'a, tradycyjnie dla serii, nim rozpoczną batalię z siłą nieczystą muszą uporać się z własnymi demonami przeszłości. Tym razem scenarzysta ukazuje relację Lee (Angela Bassett) z córką. Była policjantka utraciła prawa do sprawowania opieki nad dzieckiem i teraz może widywać Florę jedynie trzy razy w miesiącu. Matczyna miłość skonfrontowana zostaje z uzależnieniem od alkoholu i leków oraz zjawiskami paranormalnymi. Psychologiczna patologia wywołana rozpaczą i tęsknotą prowadzi do tragedii.

Cliffhanger kończący każdy epizod daje twórcom Roanoke'a pewność, że widz zobaczy kolejny odcinek serii. Cóż, fabuła szóstego sezonu American Horror Story jest na tyle angażująca, że nie ma potrzeby stosowania takich chwytów.

Moja ocena: 6/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.