RECENZJA: Egzamin

Reżyserów patronujących życiu w skali 1:1, bez sztucznych barwników, z więcej niż śladową ilością szczerości w kinie jest coraz mniej. Na miejsce ich empatycznych i kameralnych historii z impetem wpraszają się mądrzejsi od rzeczywistości, którzy nie zwracają uwagi na nic i nikogo więcej, niż na samych siebie! Egzamin jest udaną próbą wywoływania sprężenia zwrotnego w widzu błyskawicznie i sprawdzeniem, czy dobro jeszcze powoduje u kogoś podziw, czy już tylko wystawienie skierowania do psychiatry.

Spotykamy się z rodziną, która nie obiecuje wielkich przeżyć, podwyższonego tętna i niezapomnianych przygód. Jednak ta codzienność wręcz powoduje zazdrość – jest wykonana z pluszu, ale nie w mdłym umaszczeniu. Wszyscy żyją swoim rytmem, tylko my z każdą kolejną chwilą zrozumiemy, że problemem jest „każdy swoim”, a rytm ma więcej niż jedno znaczenie. Oczywiście przy pierwszej warstwie poznawczej mamy do czynienia z celebrowaniem zwyczajności, jednak z czasem znajduje się w niej coraz więcej ości i kawałków nie do przegryzienia.

Pęknięciem w tej stabilnej konstrukcji rodzinnej staje się napaść na naszą młodą bohaterkę. Przygotowuje się ona do najważniejszego egzaminu w życiu, który ma jej zapewnić ucieczkę z domu i karierę naukową– tylko tutaj nie wbrew rodzicom, a za ich przyzwoleniem. To ojciec naszej bohaterki chce jej dać życie lepsze, niż miał sam. Jest w nim wiele szlachetności, ale ta ma to do siebie że ciężko ją wykarmić w świecie, gdzie zapotrzebowanie na nią maleje nieustannie. Pęknięcie rozchybotało instytucje rodziny, ale nie ze względu na skalę tego incydentu, a na to że ta rysa odkrywa niedoskonałości z przeszłości. Ich naczynie było wiele razy już wcześniej sklejane. Okazuje się, że ojciec nie jest wcale tak szczerozłoty, matka ma również problemy, a córka cierpi na deficyt samodzielnie podejmowanych decyzji. Jednak w podejściu reżysera jest konsekwencja w traktowaniu z godnością każdego z nich, bez wartościowania ich wyborów, a ich referowania z głębokim szacunkiem oraz zrozumieniem – nie mylić z taryfą ulgową – tej nie ma tutaj nikt.

Egzamin jest egzaminem nie tylko dla naszej bohaterki, ale testem na dojrzałość również dla ludzi wkoło – całe życie podchodzimy do zdawania czegoś. Czy to test maturalny, czy ten życiowy – na lojalność albo człowieczeństwo. W tej zgrabnej metaforze ukrywa się cała istota filmu, a prawda jest serwowana z uwagą i elegancją, oraz narracyjną konsekwencją i skromnością. Nie ma dyktatury tezy, to tylko katastrofa na małym metrażu, ale o nie o delikatnych skutkach ubocznych.

Film wygrywa produkowaniem wewnętrznego sprzeciwu w człowieku tak umiejętnie i tak naturalnie – a przede wszystkim inteligentnie. Nasz bohater stara iść w życiu prosto, w ten silny szkielet jego wierności wartościom i kręgosłup moralny bez skrzywień nikt nie powątpiewa. Wyprostowany, nie unika konsekwencji, a po słowie dobroć w jego przypadku postawimy wykrzyknik, a nie znak zapytania. Dlatego też, kiedy tak mu towarzyszymy w tych jego starciach, gdzie on sam nie ma charakteru ofensywnego zawodnika, reżyser bardzo umiejętnie i mocno zaczyna tarmosić nasz ośrodek empatii, bo poddaje pod wątpliwość dominację w życiu miłości i troski – to narzędzie obosieczne.

Egzamin poświęca też sporo miejsce na refleksje o czynniku ludzkim. Wszędzie tam, gdzie pojawia się człowiek, tam pojawia się również błąd… i konsekwencje. W świecie nie zawsze dobrze być dobrym – niby znane, ale tutaj bez eksponowania jaskrawego bohaterstwa robi wrażenie jakbyśmy się dzisiaj urodzili. Wyroki boskie jednak są zbadane i zaskakują… swoją niesprawiedliwością. Mały film o dużych rzeczach to największy sukces.

Ocena: 7,5/10