Festiwal Kamera Akcja: Mistress America

Mistress America igra z amerykańskimi kliszami kina rozrywkowo-komediowego, przełamując je wpływami teenage movie. Niestety, w ostatecznym rozrachunku to utarte schematy biorą górę nad ciekawą, innowacyjną fabułą, doprowadzając historię przyjaźni damsko – damskiej do banalnej i oczywistej konkluzji. Największym atutem Pani Ameryki staje się kontrolowany chaos w sferze dialogowej i montażowej.

Gdy Tracy (Lola Kirke) spotyka Brooke (Greta Gerwig), ta o kilka lat starsza dziewczyna jawi jej się niczym kobiece alter ego Tylera (Brad Pitt) z Fight Clubu. Jest na topie – chodzi na siłownię, bywa na hucznych imprezach, a jej beztroski sposób bycia eliminuje każdy przyziemny problem. To skrajny kontrast względem typowej szarej myszki jaką jest Tracy. Relacje kobiet przypominają stosunek mentora do ucznia. Jednak beztroskie szaleństwo nocnego życia Ameryki nie trwa wiecznie – szybko okazuje się, że pod idylliczną maską Brooke kryje prawdziwy dramat.

Pozorna zabawa kliszami kina młodzieżowego przeradza się w eksploatowanie utartych schematów. Elitarne bractwa, szkolne miłostki i samotne kluby złamanych serc – portret dwudziestoletnich Amerykanów oddaje tylko pół prawdy na temat światopoglądu i ogólnego obycia użytkowników Twittera. Mistress America styka realną prawdę życia z wyobrażeniem zwariowanej młodości bohaterów filmu. Komediowa konwencja podkreśla wyolbrzymiony stereotyp postaci, nie rozbudowując go, ani nie wzbogacając nawet o krztę oryginalności. Ostatecznie film staje się pudełkiem znanych czekoladek opakowanych w ciekawszą formę.

Scenarzyści filmu, Noah Baumbach i Greta Gerwig, zdolnie panują nad chaosem fabuły. Sekwencja odbywająca się w domu Mamie-Claire (Heather Lind) to rewelacyjny pokaz kunsztu montażowego. Krótkie sceny i błyskotliwe dialogi bazujące na nieoczekiwanych potyczkach słownych i celnych stwierdzeniach faktycznie działają, doprowadzając widownię do salw śmiechu. Nic dziwnego, skoro Noah Baumbach pracował wcześniej nad scenariuszami do dwóch filmów Wesa Andersona. Cała sekwencja przypomina rozbudowaną wariację nad Rzezią Romana Polańskiego. Dla tych scen Mistress America warta jest uwagi – ubaw gwarantowany!

Greta Gerwig nie sprawdza się w roli szalonej imprezowiczki z aspiracjami do założenia własnej restauracji. Polscy widzowie mogli podziwiać ją jakiś czas temu w Planie Maggie, gdzie rola rozmarzonej szarej myszki przypisana została właśnie wspomnianej aktorce. Jej marzycielska mimika idealnie komponuje się z osobowością wrażliwych i romantycznych kobiet. Grająca u boku Grety Lola Kirke wypada równie bezbarwnie. To drugoplanowi bohaterowie tworzą swoją nadekspresją komediowe tło Mistress Americi.

Motywem spajającym w filmie jest wątek genialnego opowiadania, które swoje korzenie czerpie w biografii Brooke. Cóż, nie każdy bestseller nagrodzony zostaje dorównującą mu ekranizacją.

Moja ocena: 5/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.