RECENZJA: Ja, Daniel Blake

Coraz mniej osób dziwi absurd biurokratycznego systemu. Papierologia, która ciągnie się w nieskończoność, Chopin w słuchawce telefonu podczas oczekiwania na połączenie z konsultantem czy długie, godzinne kolejki to części rzeczywistości petenta. Ken Loach, znany ze swojego społecznego zaangażowania, postanowił rozprawić się z brytyjskim urzędem pracy, który zamiast pomagać ludziom w potrzebie, piętrzy formalności.

Daniel Blake (Dave Johns) jest po rozległym zawale serca. Lekarz nie pozwala mu powrócić do pracy, ale konsultant do spraw medycznych z ramienia urzędu pracy nie widzi żadnych przeciwności i pozbawia go zasiłku. Mężczyzna staje twarzą w twarz z bezdusznymi urzędnikami, którzy ślepo podążają za nieracjonalnemu regułami. Człowiek staje się numerem, znaczkiem ewidencyjnym, a jego problemy nie mają znaczenia.

Loach przedstawia urzędników jako ludzi bez serca, ale nie popada w zero-jedynkowe kategoryzacje. Wśród braku empatii i zrozumienia znajdą się osoby, które potrafią dostrzec indywidualność prowadzonej sprawy i wyłamać się z karykaturalnego pochodu smutnych formalistów. Jednak Blake na ich tle wypada kryształowo. Niczym Józef K. Z „Procesu” Frantza Kafki błądzi zmieszany od jednego stanowiska do drugiego. „Sąd” wydał już wyrok i trzeba znaleźć sposób na odwołanie.

Blake w swej niedoli staje się wyjątkowo uważny na drugiego człowieka. Napotkana przypadkowo dziewczyna, Katie (Hayley Squires), z dwójką dzieci stanie się bezpieczną strefą i światełkiem w tunelu. Oboje w beznadziejnej sytuacji mogą sobie pomoc nawzajem w czysto ludzkim sensie. Ich relacja pełna jest szacunku i zrozumienia, dzięki czemu film nie tonie tylko w ciemnych barwach. Drobne gest przyjaźni rozbłyskują i migoczą, niosąc radosne ciepło troski.

Ja, Daniel Blake momentami gra na emocjach widza. Gdzieś pojawi się pies na trzech łapach czy smutna dziewczynka, która jest piętnowana przez koleżanki w klasie. Jednak Ken Loach jest ponad tanimi chwytami. Przedstawia historię, w którą trudno uwierzyć, ale uwiarygadnia ją prostotą formy i fenomenalnymi aktorami. Mimo wszystko to bardzo ciepła opowieść o ludziach, którzy starają się nie dotknąć dna, kiedy rzeczywistość uparcie ich tam spycha.

Film reżysera Wiatru buszującego w jęczmieniu jest dobrze wyważonym połączeniem śmiechu i wzruszenia. Loach nie tworzy karykatur ludzkich postaci, ale prezentuje wachlarz postaw. Ja, Daniel Blake jest dzięki temu pogodny i delikatny, bez nastawienia na szokowanie czy złośliwe piętnowanie. To przedstawienie systemu, który nie spełnia swojej roli. Reżyser staje się nauczycielem, który opowiada swoją historie ku przestrodze i otrzeźwieniu.

Moja ocena: 7/10