RECENZJA: Żywioł. Deepwater Horizon

Kino katastroficzne z Fabryki Marzeń cechuje się typową manierą tworzenia produkcji ku pokrzepieniu amerykańskich serc. Nie inaczej jest z Deepwater Horizon. Pracownicy platformy wiertniczej to wyidealizowani bohaterowie, gotowi oddać życie za swoich przyjaciół. Ich heroiczny czyn każdorazowo ozdobiony zostaje amerykańską flagą trzepoczącą na tle płomieni.

Żywioł. Deepwater Horizon opowiada o największej katastrofie ekologicznej w historii Ameryki. Pozorny niepokój narastający od pierwszych scen filmu prowadzi do spektakularnego wybuchu, a prawdziwa symfonia grozy rozbrzmiewa dopiero w chwili niekontrolowanego wytrysku ropy, gdy płonąca platforma staje się piekielną cytadelą śmierci. Reżyser filmu, Peter Berg, wcześniej odpowiedzialny za niesławnego Battleship: Bitwa o Ziemię oraz o wiele znakomitszego Ocalonego, po raz kolejny bierze na warsztat historię przeciętnych ludzi, którzy w chwili zagrożenia gotowi są wskoczyć w ogień, by ratować przyjaciół, obcych współpracowników, a nawet wrogów. Katastrofa na platformie wiertniczej staje się jedynie pretekstem do epatowania klasycznymi kliszami społeczeństwa, jednoczącego się w chwili zagrożenia. Natężenie patosu wzrasta wraz z każdą kolejną sceną filmu, dodatkowo podkoloryzowane kalkami jednowymiarowych postaci.

Choć pierwsza część seansu trwa zdecydowanie za długo, niepotrzebnie tłumiąc narastające napięcie, to jego druga połowa mimo powtarzalnego schematu jawi się jako solidne kino katastroficzne. Dzięki rewelacyjnym kadrom oraz realistycznemu oddaniu scenerii platformy wiertniczej Deepwater Horizon angażuje odbiorcę od początku postępującej tragedii. Słabość człowieka wobec nieokiełznanej natury niszczącej ludzką technologię przeraża swoim naturalizmem, a pogarszająca się sytuacja pracowników wpływa na gęstą atmosferę produkcji.

Fabularnie Żywioł czerpie wiele z gier komputerowych w stylu TPP. Kamera w chwilach akcji znajduje się ponad plecami głównego bohatera lub bezpośrednio koło postaci przedstawionych w filmie. Dzięki umiarkowanej dawce roztrzęsionych ujęć i niekonwencjonalnych kadrów widz czuje się podczas seansu, jakby sam znalazł się na płonącej platformie i bezpośrednio uczestniczył w ukazanych wydarzeniach. Kolejnym motywem zakorzenionym bezpośrednio w konwencji gier komputerowych jest sposób działania głównego bohatera. Mike Williams (Mark Wahlberg) wykonuje coraz bardziej niebezpieczne misje, ratując swoich współtowarzyszy – gdy już upora się z jednym zadaniem, automatycznie przekierowany zostaje do następnego.

Twórcy przyłożyli największą wagę do wiernego odtworzenia realiów pracy i funkcjonowania na platformie wiertniczej. Scenarzyści skupili się na detalach ogromnego mechanizmu, tłumacząc sposób działania całej konstrukcji. Na szczęście terminologia użyta w prezentacji nie popada w naukowy slang ani fachowe słownictwo.

Żywioł. Deepwater Horizon to poprawne kino katastroficzne, drażniące jednowymiarowymi postaciami oraz ich wyluzowanym podejściem do życia. Patos i patriotyzm, choć wyolbrzymione, dobrze wpasowują się w ogólną stylistykę filmu, a heroiczna walka o życie z pewnością wzruszy niejednego odbiorcę.

Moja ocena: 5/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.