RECENZJA: Dziennik maszynisty

"Historia o zwyczajnym szaleństwie" – to nie tylko tytuł książki Bukowskiego, a również charakterystyka nowego, filmowego opowiadania Milosa Radovica. Opowieści o zwyczajnym szaleństwie to clue charakterystyki pewnego rodzaju kina, a nie tylko tytuł czeskiej produkcji. Dziennik maszynisty nie ma nic w sobie z ckliwego pamiętnika, a z brawurowym humorem i energią cudownej oraz atrakcyjnej przeciętności (życiowej) stawia tezę: Życie to żart, więc po co przestawać się śmiać.

Nasz główny bohater to maszynista i bliźniaczo, jak w Grający z talerza trafia podczas setnej, a nawet tysięcznej podróży na chcące popełnić samobójstwo dziecko. Dziesięcioletni chłopaki błaga konduktora by nie zgłaszał tego w sierocińcu. Dzieciak mówi, że i tak pewnie nie odbiorą telefonu bo są pijani. Wszystko jest tutaj wykolejone, mimo że nasz konduktor radzi sobie doskonale od wielu lat na swoim stanowisku. Jednak statystyki jakie dostaniemy to liczba zabitych osób na drodze, a nie odznaczenia honorowe. Szybko jednak orientujemy się, że jest to dla nich tak powszednie jak klient, który zażyczył sobie mięsa u rzeźnika. W tej lekkiej wyliczance nie ukrywa się ignorancja i trywializacji życia ludzkiego, a wspólna podróż po oswojenie się ze śmiercią. Główną bohaterką filmu jest śmierć, ale nie mamy z nią bezpośrednio do czynienia, tylko niej słyszymy. Od tych rozmów o końcu życia, chce się żyć – naturalny tik ludzki.

Reżyser ma pociąg (w podwójnym znaczeniu) do nietraktowania niczego na poważnie, no bo po co, skoro jego bohaterowie wierzą, że świat porządkuje nieporządek idący chwiejnym krokiem z determinizmem i stoicyzmem. Jest to też pewna walka o odczarowanie mitu maszynisty jakie nudnego poruszania się po określonej trasie. Jest to praca pełna stresu, niepewności, więc reakcją organizmu często na ekstremalne sytuacje jest uwikłanie w absurd, a nawet obłęd. Ważnym też jest, że maszynista długo nie chce traktować przybłędy (którego tak naprawdę uratował) jako syna i zdecydowanie robi wszytko, by ten nie odziedziczył po nim zawodu … bo spotka go zawód. Dlatego prócz hiper-inteligentnie skonstruowanej komedii umówionej z groteską na przedłużone espresso, mamy też drogę pełną debiutantów. Żaden z dwójki mężczyzn nie umie w uczucia, bo to przecież faceci, więc emocjom trzeba nie otwierać, siedząc w tym czasie na browarze z kumplami w barze.

Dziennik maszynisty to historia, która się w ogóle za niczym nie ukrywa, nie dba o niczyj wizerunek. Mimo mocno wykoncypowanej narracji, mamy tutaj czeską szkołę szczerości. Ze śmiercią nie jest nikomu do twarzy, ale umieranie towarzyszy nam od urodzenia. A Milos Radivic proponuje, że może zamiast z tej świadomości drżeć, to może warto rżeć. Życie jest zbyt poważną sprawą, żeby brać je na serio.

Ocena: 8/10