RECENZJA DVD: Niebo na ziemi

Kay Pollak po raz drugi opowiada tę samą historię – tym razem czyni to jednak nad wyraz nieudolnie, wrzucając swoich bohaterów w meandry tęczowego szczęścia i deszczowego smutku. Niebo na ziemi to strumień wątków, które ostatecznie nie prowadzą do żadnej konkretnej konkluzji, a kolejne banały nużą swoją naiwnością oraz nieumiarkowaniem w ckliwości i kiczu.

Długie odstępy czasowe w produkcji kolejnych filmów to znak rozpoznawczy szwedzkiego reżysera Kaya Pollaka. Tym razem twórca powraca do swoich postaci dopiero po 11 latach. Czy sequel Jak w niebie był potrzebny? Nie. Niebo na ziemi to klasyczna kontynuacja wpisana w szablon swojego pierwowzoru, eksploatująca każdy możliwy do rozwinięcia motyw czy wątek. Rolę Daniela (Michael Nyqvist) przejmuje w tej części Lena (Frida Hallgren) i to ona decyduje się poprowadzić kościelny chór. Kobiecie daleko do genialnego kompozytora, w którym muzyka faktycznie prowokowała silne emocje. Lena swoją nadmierną ekspresją przypomina guru fanatycznej kasty, a późniejsze potańcówki w kościele powstałe z jej pomysłu przywodzą na myśl zmanipulowane reklamy religijnych sekt. Każdy aspekt filmu zostaje wyolbrzymiony, co prowadzi do zupełnego zobojętnienia na przedstawione wydarzenia.

Niebo na ziemi pęka w szwach od nadmiaru wątków, a ich nagromadzenie zaciera celowość fabuły. Kolejne osoby pojawiają się na ekranie telewizora właściwie nie wiadomo skąd i równie szybko znikają, nie rozwijają przedstawionej historii ani nie wprowadzając punktu zwrotnego. Wydaje się, że Kay Pollak zebrał wszystkie pomysły, jakie przyszły mu do głowy na przestrzeni ostatnich 11 lat i umieścił je w swoim filmie na równorzędnym poziomie. Ostatecznie każdy wątek ukazany zostaje powierzchownie, nie skupiając na sobie uwagi widza. To kolaż sekwencji o tematyce smutek i szczęście w życiu przeciętnego człowieka.

Wszystkie wątki owiane są mdłą strukturą klasycznych klisz kina antydepresyjnego. Z radości do smutku i odwrotnie – widz zaznajomiony z tym gatunkiem potrafi przewidzieć fabułę całego filmu na podstawie kilku pierwszych scen. Szczęście prowokowane jest spełnieniem życiowych marzeń, a wzruszenie widza wywołane ckliwymi zwrotami akcji. Kalka pastora-alkoholika, amanta z burzliwą przeszłością i złego łotra, którego domena nie jest umotywowana żadną logiczną przyczyną – to tylko kilka klisz z ponad dwugodzinnej produkcji, zabijających ducha filmu. Twórcy popadają w banał, zarówno w sferze fabularnej, jak i dialogowej – wierzysz w miłość? pyta jeden z bohaterów Nieba na ziemi, cytując tym samym większość telenowel.

Autorzy filmu nie dbają o widzów, którym do gustu przypadła pierwsza część Nieba na ziemi. Choć akcja kontynuacji dzieje się zaledwie 9 miesięcy po wydarzeniach z jedynki, to charakteryzatorzy nie postarali się ani trochę, by odmłodzić o 11 lat starszych aktorów. Dodatkowo twórca decyduje się powtórzyć dwukrotnie tę samą scenę, co ostatecznie staje się strzałem w kolano odbiorcy.

Niebo na ziemi dystrybuowane przez Kino Świat doczekało się klasycznej, jednopłytowej edycji DVD, na której poza filmem znaleźć można jedynie zwiastuny kilku kolejnych produkcji wchodzących w tym czasie na polski rynek. Opakowanie ozdobiono plakatem kinowym widowiska, a jego tytuł napisany został nieciekawą czcionką. Jedynymi wariantami językowymi są polski lektor lub napisy, a format obrazu to klasyczne 16:9.

Najnowszy film Kaya Pollaka staje się dwuipółgodzinnym pokazem nudy. Scenarzyści zjadają własny ogon, przepisując scenariusz poprzedniej części (w dodatku z błędami), a główni bohaterowie desperacko uprawiają seks w kościele. Absurd goni absurd, klisza goni kliszę – Niebo na ziemi rozczaruje wszystkich amatorów Jak w niebie.

Moja ocena: 2/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.