RECENZJA: Słońce, to słońce mnie oślepiło

Uwięzieni w obrazie to najlepsze określenie przypadłości, której nie mogą się wyzbyć Anna i Wihelm Sasnalowie w kręceniu filmów – a muszą. W swojej niszowej, aspirującej do kina awangardowego, twórczości znowu są niewygodni, a ich światy „nieprzysiadalne” surowe, mało gościnne, ale chyba jednak potrzebne. Ich kolejna produkcja przypomina o pewnej różnicy pomiędzy malarstwem, a filmem i że talent do jednego wcale nie obiecuje dzieł doskonałych na taśmie filmowej. Film musi być przedstawiający, a malarstwo może być przedstawiające. Film to ruchome obrazy, które by były czytelne muszą nawiązywać łączność, a malarstwo to też rejestrowanie tylko w układzie technicznie zamkniętym – obraz ma ramy, nie ma fizycznie kontynuacji. Ten problem pulsuje w nowej produkcji: Słońce, słońce mnie oślepiło. Mnie miłość do malarskiej twórczości tego duetu na szczęście nie.

Film jest mało wymyślny w swojej fabule, jak i w sposobach jej ilustrowania – to więcej niż inspiracja „Obcym” Alberta Camusa. To sprawdzenie, jak postawa głównego bohatera przyjmuje się na naszej szerokości geograficznej i we współczesnych ramach czasowych.

Nasz bohater cały czas biega – jest zgrzany i zrezygnowany. W międzyczasie jego ruchu niczym refrenu w utworze, w jednej ze zwrotek pochowa matkę, w drugiej prawdopodobne zabije leżącego na brzegu morza czarnoskórego uchodźcę. W każdej z tych „ekstremalnych” sytuacji, które MUSZĄ wybijać bohatera z automatyzmu, nie dostajemy finalnie żadnej reakcji. To manifest skrajnego nihilizmu, nie uznającego wyjątków.

Sasnalowie nie udają, że chcą być łatwo czytelni, ale chwilami średnio idzie im ta gra w fabułę – nie ma wielkiej zręczności w tym pomyśle, ale inteligencja oczywiście jest obecna i pracuje na pełnych obrotach. Zamknięte sekwencje stają się komentarzami do bieżących wyprysków na twarzy naszej szpetnej narodowej twarzy. Mamy tutaj cały koncert pamfletów na religijność w Polsce – absurd obrzędów religijnych, przeżywanie straty przez wszystkich prócz tej najbliższej osoby. Jak Polak cierpi i płacze to czuje, że sam Bóg musiał być przecież naszej narodowości. Jednym z niewielu (niestety) ciekawych równań w tej posępnej nawet nie impresji, a jakiejś pseudo dokumentalistyce o naszej mentalności, jest żonglowanie pojęciem obcego. Główny bohater jest tym obcy dla nas, świat dla niego, czy obcym-innym jest pojawiający się emigrant? Grany przez Rafała Maćkowiaka bohater jest wycofanym emocjonalnie, egzystencjalistą do najbardziej skrywanej tkanki mięśniowej, w swoim życiu parafrazującym Camusa – życie nie jest wcale warte trudu przeżywania.

Zamysł autorów przeniesienia, jednej z najbardziej kontrowersyjnych, spychających na dno wiarę w ludzką aktywność i senostwórczość świata, powieści na realia współczesne jest doskonały… ale już nie tak samo udany. Film jest jak wszystko w jego zmyślnej kreacji – apatyczne, o barwie żadnej, powieka nie drga nikomu ani razu. Postulaty pewnej postawy zostały spełnione, a ciekawym wydaje się być zestawienie tego z tą aktywną i pełną ekspresji postawą osób wokół. Każdy referuje swoje zdanie, ma coś do powiedzenia na każdy temat, jest ofensywny i obecny… z naciskiem na słowo każdy. Każdy jest każdym, czyli nikt nie jest innym. I może o tym chcieli powiedzieć Sasnalowie, niczym Camus – że nasz bohater przestał brać udział w kłamstwie – finalnie i w życiu. Pewnym błędem jednak autorów jest rozminięcie się z pewnym efektem, który nadałby większy sens utworowi i właściwą siłę. W książce mimo bierności bohatera widzimy też rezygnacje… ale tym prawdziwie czarnym charakterem jest społeczeństwo. Tutaj jednak dostajemy wiele odcieni czerni, ale najmocniejszy nosi główny bohater.

Denerwuje nas ten film, ale nie tylko pewnymi kołtunami fabularnymi i tym, że lepiej wyglądałby na telewizorze w galerii sztuki swoją symboliką ekstatyczną i „umownością”, niż w kinie, a postawą głównego bohatera. I tutaj Sasnalom się udało! Bo kto w kinie nas bardziej nie denerwuje, niż bohater defensywny. Jednym z podstawowych powodów powstania kina jest dawanie człowiekowi tego, czego nie umie lub nie ma poza ciemną salą pełną blasku cudzego świata – do tego też należą postawy ludzkie, którymi mamy się inspirować, zachwycać, wyobrażać jak sami robimy to w naszym życiu. Kino to rekompensata i szukanie lepszych światów i lepszych siebie.

W Słońce, to słońce mnie oślepiło zabieg zostaje wykonany w odwrotnym kierunku – Nie chcemy mieć do czynienia ani z tym światem, ani z bohaterem – reżyserzy też jak w Hubie nie mają w sobie ani grama czułości. Bohater oślepił się na własne życzenie, bo żadnego światła w tej historii nie ma, a jeżeli jest to tylko powoduje nieznośną duszność – chce się z tego świata wyjść i przewietrzyć. Zamysł doskonały, wykonanie dosyć mierne i pełne chwiejności.

Ocena: 6/10