RECENZJA: American Horror Story: Roanoke - odcinek 3

Szósty sezon American Horror Story to istna wylęgarnia duchów i dziwolągów rodem z najmroczniejszych zakamarków gabinetu grozy. Poszukiwania zaginionej Flory ustępują miejsca mrożącej krew w żyłach legendzie ludowej o zaginionej kolonii, a jądro paranormalnej aktywności znajduje się w centrum nawiedzonego lasu. Jest mrocznie i strasznie – American Horror Story już dawno nie było w tak dobrej formie.

Scenarzysta trzeciego epizodu, James Wong, daje upust swoim koszmarnym snom – upośledzeni bliźniacy pijący mleko świni, wiedźma z lasu, duch dziecka i zmora mszcząca się na najemcach jej ziemi. Tytułowe historyjki z dreszczykiem to esencja Roanoke'a. Bohaterowie szóstego sezonu są bezradni wobec paranormalnej aktywności, a pomóc im może jedynie żądny pieniędzy jasnowidz, Cricket Marlowe (Leslie Jordan). Seans spirytystyczny staje się pretekstem do opowiedzenia przerażającej legendy o upiorze Jatki oraz zaginionej kolonii, którą władała zarówno za życia, jak i po śmierci.

Klimat oraz rewelacyjna scenografia po raz kolejny staje się najmocniejszym punktem Roanoke'a. Realia czasów amerykańskich kolonizatorów, opuszczone domostwo noszące w sobie ślady sekty czczącej wieprza czy upiorny las – klasyczne elementy grozy zostają ukazane w dosadny i mroczny sposób, podkreślając krytyczne położenie Matta (Cuba Gooding Jr.), Lee (Angela Bassett) i Shelby (Sarah Paulson). W ogólnej konwencji szóstego sezonu nie przeszkadza nawet paradokumentalna konstrukcja epizodów – twórcy nie szarżują found footage’owym formatem, dzięki czemu każdy pseudoreportażowy odcinek opatrzony zostaje dodatkowym, osobistym komentarzem trójki głównych bohaterów. Nie uwiarygodnia to historii, jednak daje ciekawy wgląd w subiektywne odczucia małżeństwa Millerów oraz Lee względem ich fatalnej sytuacji.

Niestety, najsłabiej w Roanoku wypada gra aktorska. Cuba Gooding Jr. udawania, że jego amplua nie wpisuje się w konwencję kina grozy, a sama kreacja graniczy z autoparodią. Na szczęście po przeciwnej stronie barykady znajduje się Kathy Bates, odgrywająca swoją najbardziej przerażającą rolę po Oscarowej Annie Wilkes z Misery.

Roanoke to solidne kino grozy. Pozostaje mieć nadzieję, że poziom utrzyma się aż do finałowego epizodu, choć twórcy serii zdążyli już przyzwyczaić widzów, że im dalej w las, tym jaśniej, a atmosfera trąci kiczem.

Moja ocena: 7/10


Kornel Nocoń
Maniakalny kinoman, wychowany na Kieślowskim, Kubricku, Koterskim, Tarantino i „Władcy Pierścieni”. W wolnych chwilach ogląda filmy – a jeśli ich nie ogląda, to ogląda seriale. Fan kina realistycznego z misją zniechęcenia polskich widzów do słabych produkcji.