M. Night Shyamalana przypadki...

Reżyser i producent z Indii wciąż popularny

M. Night Shyamalan długo próbował wkupić się w łaski Hollywoodu. Próbował i próbował, pisał scenariusze, wymyślał historie. Wytrwale dążył do celu i w końcu został za to nagrodzony.

M. Night ShyamalanM. Night Shyamalan

Szósty zmysł spodobał się widzom, a nazwisko Shyamalana rozbłysło na terenie Miasta Aniołów i zaciekle broni się przed zgaśnięciem. Po Szóstym zmyśle przyszedł czas na Znaki. Oczekiwania względem tego filmu były wielkie, bo oto przecież zrobił go ten sam geniusz, który dał nam Szósty zmysł. Zamysł był dość prosty – nakręćmy film o obcych, dodajmy tam znanych aktorów, a wszystko obroni się samo. Czy się obroniło? Na pewno nie na całej linii, bo pojawiły się zarzuty, że z filmu wieje nudą i na dobrą sprawę nie wyważono napięcia. No, a poza tym pod koniec brakowało tego, co w Szóstym zmyśle było – zaskoczenia.

Mimo to widzowie, jeśli nie w stu procentach, byli w miarę zadowoleni. W tej chwili prosta Shyamalana leciała w dół, ale przecież mogło to być przejściowe.
Zasadniczo można stwierdzić, że Znaki pomogły Shyamalanowi, bo wzbudziły pewne kontrowersje, dzięki czemu wszyscy rozmawiali o twórcy z Indii. Na fali zatem produkuje on swe kolejne dzieło, czyli Osadę. Schemat – podobny. Ciekawa na pozór historia, dobry zwiastun. Znowu dobra obsada. Film z kolei znowu kiepski, tym razem już mniej kontrowersyjnie, bo stwierdza to zdecydowana większość. Prosta Shyamalana opada ostro w dół, na tyle, że wytwórnie przestają chętnie z nim współpracować. Nie bez powodu, jak okazuje się w 2006 roku, przy premierze Kobiety w błękitnej wodzie. Po tym, wytwórnie chwilowo, acz całkowicie odwróciły się od hinduskiego reżysera. Do czasu…

Zmieńmy temat. Mamy teraźniejszość, dokładnie dzień dzisiejszy, w którym ogłoszono, że Media Rights Capital i M. Night Shyamalan zawiązały spółkę nazwaną Night Chronicles. Celem spółki będzie wyprodukowanie jednego thrillera rocznie, przez kolejne trzy lata. Nadzór artystyczny nad tworami obejmą wspólnie Shyamalan oraz MRC, ale to ten pierwszy zajmie się wymyśleniem historii, doborem aktorów oraz… reżyserów. Bowiem sam już filmów reżyserować nie będzie, ograniczy się tylko do produkcji. To pierwszy raz, kiedy nie usiądzie na krzesełku przy filmie, którego będzie producentem. MRC będzie tylko finansować projekty. Koniec końców, filmy będą współwłasnością jego samego oraz MRC. Świetny układ, nieprawdaż? Dla twórcy Znaków na pewno. Pytanie, co podkusiło MRC do wejścia w taką umowę…

A odpowiedzią jest kontynuacja poprzedniego wątku. Oto po dwóch latach bezczynności, Shyamalan powraca. Bezczynność to może złe słowo, ponieważ w owym czasie twórca miał swoje dwa projekty, z którymi chodził od studia do studia. Jednym z nich był Green Effect, film, którego żadne studio nie chciało się podjąć. W końcu jednak, po wielkiej przeróbce scenariusza, zielone światło dla filmu dało 20th Century Fox. The Green Effect to nic innego jak Zdarzenie. Ciekawy zwiastun, dobra obsada, wymyślna historia. Jak to w tym specyficznym przypadku, aż za dużo było (nomen omen) znaków, żeby spodziewać się dobrego filmu. I zaskoczenia brak – bo Zdarzenie w istocie okazało się najsłabszym filmem Shyamalana.

M. Night Shyamalan na planie Osady 2004M. Night Shyamalan na planie Osady 2004

Fala krytyki dosłownie zalała cały projekt, jedyną jego ciekawą stroną był tzw. tagline, czyli linijka tekstu zachęcająca do obejrzenia filmu, widywana na plakatach. Brzmiała ona: We’ve Sensed It. We’ve Seen The Signs. Now… It’s Happening. Jakież to pokrętne, ciekawe i metaforyczne. Szkoda, że film nie był taki sam. Zadziwiające jest jednak to, że chociaż Zdarzenie okazało się totalną klapą, zarobiło na świecie ponad $150 milionów. To naprawdę trudno wytłumaczyć. Coś musi być w Shyamalanie, skoro wypuszcza wiele filmów, jeden gorszy od drugiego, a wszyscy wciąż chcą z nim współpracować.

Może w tym właśnie tkwi jego tajemnica. Może widzowie chcą iść do kina na coś, co z góry wiadomo, że będzie słabe. Może wtedy łatwiej jest w rozmowie ze znajomymi wykazać się elokwentnym i przemyślanym doborem epitetów na film, który się widziało. A może to po prostu leży w naturze człowieka, taka ludzka przewrotność. Dobre filmy uważamy za słabe, a słabe za dobre. Nie wiem, czy tak jest w istocie. Ale na przykładzie Shyamalana i jego wyników, można by ryzykować stwierdzenie, że jednak tak właśnie jest.