Transformers 2 - i po premierze

Wczoraj, w kilku sieciach kin (Multikino, Helios, Cinema City) w całej Polsce można było obejrzeć przedpremierowy pokaz Transformers: Zemsta upadłych. Wreszcie długo oczekiwany obraz zawitał i do nas.

Zapraszamy do zapoznania się z krótką relacją z tego wydarzenia.

Już po kilkunastu minutach dowiadujemy się, że po raz kolejny polski tytuł nie został przemyślany, czy też skonsultowany z dystrybutorem amerykańskim. W oryginalnej wersji, czyli "Revenge of the Fallen", słowo "Fallen" to nazwa własna – imię jednego z najstarszych Decepticonów, czyli Upadły (jeden, a nie kilku). Jednak nie ma co zawracać sobie głowy takim szczegółem. Przejdźmy do tego, co zaoferował nam reżyser, Michael Bay.

Film zaczyna się 17 tyś. lat przed naszą erą. Optimus Prime w roli narratora opowiada nam o pierwszym spotkaniu rasy Autobotów i Decepticonów z ludzkością na Ziemi. Po krótkim wstępie wracamy do teraźniejszości. Minęły dwa lata od wygranej walki z Megatronem, którego szczątki spoczywają na dnie największej głębi morskiej. W tym czasie, Autoboty sprzymierzone z ludźmi prowadzą bój z ostatnimi z ocalałych Decepticonów na całym świecie. Okazuje się, że złowieszcze maszyny nie próżnowały przez ten czas. Ciągle przygotowywały się do odwetu mobilizując siły także poza naszą planetą. Najstarszy przywódca Decepticonów, Upadły, szykuje się do brutalnej zemsty na rasie ludzkiej oraz na przyjaznych im Autobotach. Pragnie odnaleźć klucz do machiny, dzięki której on sam i jego podwładni zyskają potężną energię. Miejsce ukrycia owego klucza zostało zakodowane w tajnych znakach. Za sprawą małego ocalałego kawałka Kości, którą zniszczono w części pierwszej, Sam Witwicky zaczyna widzieć te symbole. Decepticony wiedzą, że chłopak dzięki wizji znaków jest mapą, która zaprowadzi ich do klucza. Zaczyna się widowiskowy pościg za Samem i jego bliskimi.

Fabuła przedstawia się bardziej skomplikowanie niż w części pierwszej. Jest jej więcej. To tak jakby do poprzedniej odsłony filmu dorzucić jedną z części Skarbu narodów. Mamy znacznie bardziej rozbudowaną historię. W ogóle wszystkiego mamy więcej. Nieustanne wybuchy, nowe Autoboty jak również Decepticony, ze znaczną przewagą tych drugich, oraz ogrom akcji. Bohaterowie nie mają chwili wytchnienia. Ciągle ktoś lub coś ich goni i ktoś walczy. Jak nie Autoboty szarpią się z Decepticonami, to wojsko (oczywiście amerykańskie) mierzy pociskami każdego kalibru do złych Transformersów. Nawet gdyby wyciąć z tego filmu całą fabułę, to i tak pozostanie w nim wystarczająco dużo przyjemnej dla oka masakry, w trakcie której leją się hektolitry oleju i wybucha wszystko co w zasięgu kamery.

Z większą ilością mechanicznych bohaterów mamy zatrzęsienie powalających efektów wizualnych. Precyzyjnie dopracowane Decepticony wzbudzają niemały zachwyt. I trzeba przyznać twórcom, że do ich wyglądu przyłożyli się dokładniej niż do zaprezentowania Optimusa i jego towarzyszy. Mroczne kolory i postrzępione kształty Decepticonów sprawiają, że bije od nich wrogością i złem wcielonym. I choć znajdą się sceny, w których widać komputerową sztuczność jak choćby przy niszczeniu piramid, lub kiedy Sam i jego dziewczyna uciekają na pustyni a nienaturalnie nałożone płomienie wyskakują przed nimi (w tym miejscu uwaga męskiego widza zostaje odwrócona podskakującym biustem Megan Fox), to i tak przez większość bitew i ogólnego chaosu siedzimy ze szczęką opuszczoną z wrażenia. Pełen podziw i szacunek dla kunsztu wizualnego należy się Michaelowi Bayowi. Trzeba przyznać, że ma nieograniczoną wyobraźnię i wie, co podoba się publiczności.

Oprócz całej tej akcji i sensacji, w obrazie nie zabrakło humoru. I ponownie, jest go tutaj więcej niż w „jedynce”. Dzięki temu film nie jest taki dramatyczny, a zabawne sceny doskonale rozluźniają napięcie. Można często się pośmiać, i to nawet w trakcie najpoważniejszej akcji.

Kiedy akcja na chwilę przeniosła się do Francji, już bałem się, że symbol Paryża zostanie zrównany z ziemią i nie będzie czego zniszczyć w innym zabawkowym filmie, który będziemy mogli zobaczyć tego lata – G.I. Joe: Czas Kobry (patrz zwiastun). Jeśli już jesteśmy przy niszczeniu cudów świata, to należy podziwiać realizatorów G.I. Joe za to, że zdążyli odbudować egipskie piramidy (ponownie, patrz zwiastun) nadkruszone przez Devastatora w sequelu Transformers.

Zemsta upadłych to znakomity film komercyjny. Nie doszukujmy się w nim niczego więcej niż dobrej zabawy w kinie przy oszałamiających efektach wizualnych i dźwiękowych. Jeśli dojdzie do realizacji kolejnej części potyczek między Autobotami i Decepticonami na wielkim ekranie, to nie będzie ona już lepsza. To po prostu niemożliwe upchać w następny film więcej czegokolwiek. W „dwójce” twórcy chcąc zrobić wszystko szybciej, mocniej, głośniej, śmieszniej, osiągnęli limit. A przez tę przytłaczającą ilość akcji może nam się zachcieć ziewać i wtedy pomyślimy – no dalej, dajcie coś nudnego, bo ciągle te wybuchy i latające w około gruzy. Jedyna wada, to że film jest ciut za długi. Stąd może wystąpić chwilowe znudzenie eksplozjami.


Patryk Tokarek
Maniak serialowy lubujący się w telewizji brytyjskiej, która moim skromnym zdaniem bije na głowę wszelkie inne jeśli chodzi o seriale, programy rozrywkowe, filmy dokumentalne i pełnometrażowe. Oprócz tego rzucam okiem na seriale azjatyckie, głównie japońskie. Oczywiście śledzę także wydarzenia na wielkim amerykańskim ekranie. Aktualnie, korespondent z Londynu :)