Obecna twarz Hollywood

Pozwól mi Wejść

Autor: ARTUR TOJZA

1. Słówko na początek

Od dłuższego czasu, widać wyraźnie, że Hollywood cierpi na kryzys pomysłów. Dużo osób zadaje sobie zasadnicze pytanie „Czym to jest spowodowane?” Odpowiedzi może być dużo. Jedni stwierdzą, iż po prostu mamy globalny kryzys i brak pieniędzy na bardziej ambitne dzieła. Inni mogą rzec, że producenci są zbyt łakomi i serwują tylko pod amerykańską publikę, która nie jest zbyt wybredna.

Co za tym idzie, bardziej złośliwi dodadzą, że Hollywood chce zamerykanizować światowego widza, wmuszając mu co chwila jakieś przeróbki, powtórki, kontynuacje wielkich hitów.

Prawda jest taka, że nikt jej nie zna. Jednak może postaram się pomóc dociec, co niektórym, w odpowiedzi na to pytanie. Może dzięki chwili spokoju, zrozumiemy czemu obecną maską Fabryki Snów jest słowo – Remake.

Piątek 13-tegoPiątek 13-tego

2. Jak stworzyć chwytliwego „tasiemca”

Można powiedzieć, że prawdziwy bum na szybkiego i odnoszącego sukcesy, przysłowiowego „tasiemca” zapoczątkowały takie serie jak Piątek 13-go z roku 1980 oraz Halloween z roku 1978. Obie serie doczekały się olbrzymich kontynuacji. Co więcej, były jednymi z tych serii horrorów, które wywarły potężny nacisk na ów gatunek w świecie kina. Postać Michaela Myersa z maską w kształcie białej twarzy, mordującego nastolatków, czy znana chyba każdemu brudna hokejowa maska Jasona Voorheesa, są obecnie kultowymi symbolami wszelkich imprez poświęconych horrorom. Obok nich oczywiście trzeba wymienić takie znamienite tytuły jak Wysłannik piekieł, Koszmar z ulicy wiązów czy Krzyk. Z czego ten ostatni tytuł miał akurat najmniejszą popularność. Chyba głównie dlatego, że w przeciwieństwie do swych poprzedników, mimo brutalności nie posiadał jednej rzeczy. Nieśmiertelnego mordercy.
To właśnie ów przebiegły, niepokonany krwiopijca był ogniwem przyciągającym tłumy fanów kina grozy przed srebrny ekran. Zawsze nieustraszony, ciągle nieuchwytny, a do tego mordujący bez cienia skrupułów. Jednak czy to aby jest przepis na długie udane kino? Jak się okazuje, nie. Zazwyczaj seria traciła fanów po pierwszych trzech lub czterech częściach. Powód był jasny – za dużo tego wszystkiego. Brakowało sensownego rozwinięcia akcji i w sumie cały obraz kończył na stole rzeźnika, który przerabiał go na krwawą papkę z dodatkiem pornosa.

Najlepszym tego przykładem jest seria o mordercy znad jeziora Crystal Lake. Pierwsze cztery części serii, posiadały spójną całość, dość wymyślne, jednak zawsze odmienne, sposoby uśmiercania ofiar potrafiły zaciekawić, nawet najbardziej wybrednych widzów. Jednak gdy w roku 1984 powstała planowana, ostatni część serii, wiadome było od razu, że w końcu ktoś ożywi mordercę znad jeziora Crystal Lake. Na nieszczęście zrobił to rok później Danny Steinmann, co zapoczątkowało istną lawinę kontynuacji o mordercy w hokejowej masce. Jak się okazało z odcinka na odcinek było coraz gorzej. Głupota goniła idiotyzm, wyszukane sposoby uśmiercania, bardziej irytowały niż przerażały, a coraz bardziej beznadziejne oraz irracjonalne zachowanie ofiar, nudziło widza. W efekcie seria spadła na marne pozycje DVD, a sam pan Voorhees wylądował aż w kosmosie, gdzie też się dalej bawił w rzeźnika.

HalloweenHalloween

Niestety podobny los spotkał serie Halloween, gdzie Myers co chwila odżywał jakimś cudownym sposobem, Wysłannika piekieł, gdzie cenobici wylądowali w końcu w grze komputerowej, plątając się od sekty do sekty. Nawet Koszmar z ulicy wiązów miał podobny koniec i nie pomogło spotkanie twarzą w twarz Freediego Krugera z Jasonem Voorhees’em na dużym ekranie. Ba! Film doczekał się nawet kontynuacji, ale i tak wypadła ona gorzej niż się można było spodziewać. Wniosek nasuwa się sam, jak prawi stare lecz jare porzekadło – „Co za dużo to niezdrowo”. Obecnie do kin, od nowego milenium wchodzą remake’i owych wielkich produkcji, które niestety dość blado wypadają przy oryginałach. Przykładem tutaj może być produkcja Roba Zombie z roku 2007, która spotkała się z wielkim niezadowoleniem. Twórca takich brutalnych produkcji jak Dom 1000 trupów czy Bękarty diabła, zabrał się za odświeżenie krwawych przygód Michaela Myersa i kompletnie mu to nie wyszło. Co prawda początek wiele obiecywał, film miał mroczny klimat, a Daeg Faerch grający młodego mordercę, spisał się doskonale, to potem było już tylko gorzej. Reżyserowi kompletnie nie udało się odtworzyć siły oraz potencjału jaki miał pierwowzór. Brakowało w filmie mroku, zaskoczenia, strachu. Co prawda dostaliśmy wersję dużo bardziej brutalną, gdzie krew sikała na lewo i prawo, jednak zdecydowanie śmieszyło to sztucznością oraz kiczem. Teraz Rob Zombie szykuje nam drugą odsłonę swej wizji, jednak wiele osób, w tym i Ja, jakoś nie czeka z zapałem na nią.

Podobną wpadkę zaliczył nowy obraz Piątku 13-go w reżyserii Marcusa Nispela. Film również był bardzo brutalny, posiadał dużo erotyki, jak zresztą cała seria, co chwila coś się działo na ekranie, jednak w zasadzie nudził. Głupoty sytuacyjne były tak powalające, że ludzie ziewali na sali kinowej. Co gorsza całość była do bólu przewidywalna, w całym obrazie nie było ani jednego momentu zaskoczenia. Takich wtop niestety w Hollywood jest ostatnio więcej. Mam nadzieję, że zbliżająca się premiera nowej wizji Koszmaru z ulicy wiązów to ominie, jednak zważywszy na obecny poziom amerykańskich horrorów, boję się, że będzie kolejna wielka porażka.

Ridley ScottRidley Scott

Jeśli mowa już o seriach i łączeniu bohaterów trzeba wspomnieć o słynnych dwóch kosmitach, a mianowicie Obcym Ridleya Scotta i Predatorze Johna McTiernana. Są to chyba jedne z najbardziej kultowych postaci kina Sience Ficton, które doczekały się kontynuacji zarówno w kinie jak i w komiksie czy grach komputerowych. To właśnie tam po raz pierwszy je ze sobą połączono i tak narodziła się genialna gra „Obcy kontra Predator”, szerzej znana pod symbolem ‘AvP’. Niestety jej wizja kinowa, a szczególnie kontynuacja okazały się całkowitą katastrofą. Mimo iż część pierwsza była w miarę miła dla oka, pomimo okropnego scenariusza, to AvP 2 był tylko dnem dna. Zniszczono cały majestat oraz potęgę obu kosmitów, a ludzie robili w sumie za krwawe popłuczyny w filmie. Widzowie ruszyli falą do kin, jednak czytając pierwsze komentarze, nieszczęśników, którzy mieli okazję zobaczyć ową wizję, szybko spasowali. Po raz kolejny Fabryka Snów udowodniła, że ciągłe łączenie starych hitów sprzed lat i ich wieczne odgrzewanie, okazuje się niewypałem.

TerminatorTerminator

Podobnie było w tym roku z Terminatorem: Ocalenie. Film mimo iż na świecie bardzo dobrze przyjęty, w Stanach Zjednoczonych poniósł potężne fiasko finansowe. Tak naprawdę tylko Sam Worthington oraz świetne efekty specjalne, uratowały obraz McG, przed kompletną katastrofą. Reszta obsady, w tym Christian Bale, którego bardzo szanuję, dali ciała na całej linii. Scenariusz też był nijaki i kompletnie bez polotu. Po raz wtóry Hollywood pokazało, że twórcom brak pomysłów. Szkoda bo to co stworzył Cameron w 1984 roku pokazując światu Terminatora było geniuszem. Choć chyba za bardzo się zagalopowałem w tym określeniu, bo geniuszem było w jego wykonaniu spotęgowanie własnego dzieła w Terminatorze 2: Dzień Sądu. Produkcji, która pokazała jak powinno się robić sequele. Film ten dotąd jest na szczytach rankingów kasowych, po dziś dzień jego kunszt efektów specjalnych nie zmalał, a tylko zyskał na wartości. Genialna gra aktorska, świetnie skrojona i zgrabnie pociągnięta fabuła, przełomowa wręcz muzyka – wszystko to złożyło się na nieśmiertelność Terminatora zagranego przez Arnolda Schwarzeneggera.

Obecnie to w kinie amerykańskim nie istnieje. Najlepszym przykładem jest tutaj błyskawicznie pociągnięta seria Piła. Pierwsza część wzbudziła wielki zachwyt, mnie samego osobiście oczarowała. Mroczna, klimatyczna, z świetnymi zdjęciami, a przede wszystkim nowa. Mieliśmy w sumie stary schemat, ale w zupełnie nowym wykonaniu, całkiem innej, odmiennej dotąd wizji. Film zyskał tak genialny zysk, że błyskawicznie nakręcono kontynuację co pogrzebało obraz Jamesa Wana. Momentalnie zabrakło klimatu, nadmierna brutalność nie podniosła waloru filmu, zaś fabuła dłużyła się niemiłosiernie. Mimo iż zakończenie było bardzo zaskakujące, to film nie zyskał już takiej przychylnej oceny krytyków. Potem z każdą kolejną odsłoną było tylko gorzej. Coraz większa brutalność, mącenie w fabule do granic wytrzymałości i na siłę tłumaczenie błędów. Wszystko to złożyło się na coraz gorszy budżet produkcji jak i samą oglądalność. Co gorsza zapowiedziano, że seria będzie się toczyć aż do ósmego odcinka, w tym roku zaś ukaże się jesienią część szósta. Ludzie na forach już kpią, że tytułowy morderca o kryptonimie ‘Piła’ wstanie z martwych i na nowo zacznie zabijać. Patrząc na kompletny brak pomysłów scenarzystów, są to obawy w pełni uzasadnione.
Tak więc jaki jest przepis na dobrego „tasiemca”? Ciągnięcie serii w nieskończoność udowodniło przy wielu produkcjach, że szybko się nudzi i przynosi coraz mniejszy zysk. Łączenie znanych z wielkiego ekranu postaci, również jak dotąd nie odniosło wielkich sukcesów na świecie. Przykładem tu mogą być wspomniani wcześniej Obcy i Predator. Odświeżanie ciągle tego samego, jest jeszcze mniej trafne bo najczęściej ma odwrotny efekt. Pozostają jeszcze co prawda ekranizacje komiksów, jednak ostatnio Hollywood, pokazało że nawet w tej materii daje ciała. Najlepszym dowodem są na to Watchmen czy Spirit – duch miasta. Może więc zostaje tylko jedno wyjście. Nie robić tasiemców, a co najwyżej udany sequel, jak to uczynił Cameron.

RingRing

3. Powtórki z Azji

Amerykanie lubują się bardzo w remake’ach azjatyckich horrorów. Niestety zdecydowana większość owych zabiegów kończy się marnie. Aż dziw bierze, że Hollywood jeszcze nie zrezygnowało z przekładania chińskich czy japońskich horrorów na swój rodzimy język no i oczywiście rodzime ziemie. No bo co to za horror, który nie dzieje się w USA. Najlepszym przykładem kasowych porażek, takich wybryków Fabryki Snów są choćby Nieodebrane połączenia czy Dark Water – Fatum. Produkcje, które okazały się niemal całkiem chybione, znikając przy swych azjatyckich pierwowzorach. Czasem zdarzy się produkcja, która klęski nie odniosła, jednak do oryginałowi brakowało jej siedmiu mil. Nie posiadały klimatu, scenariusz był dużo gorszy, a jedynie co ratowało obraz przed klęską to zakończenie i efekty specjalne. Dobrym przykładem jest tutaj Oko albo Shutter – Widmo. Filmy te nie raziły aż tak bardzo, lecz również jakoś niespecjalnie ludzie na nie gnali. Winą też zapewne jest tutaj zbytnia powtarzalność schematów. Jednak zdarzają się również perełki. Tutaj wymienić trzeba na pewno taką pozycję jak The Ring, który zdobył przychylność wielu widzów jak i recenzentów. Spore grono twierdzi nawet, iż pokonał oryginał. Ciężko mi się z tym zgodzić, jednak twierdzę, iż na pewno mu dorównał. Zawdzięcza to głównie świetnemu scenariuszowi, jak i grze aktorskiej oraz mrocznemu, przygnębiającemu klimatowi. Szkoda, że takich hitów mamy obecnie jak na lekarstwo.

Trochę ratuje tutaj Hollywood, film Lustra. Owa produkcja posiadała bardzo zgrabny scenariusz, posiadający kilka zawiłych wątków, jak i świetne zakończenie. Do tego kilkakrotnie potrafiła zaskoczyć widza zwrotem akcji. Obraz poza tym miał to, co The Ring – klimat strachu. Naprawdę ostatnio mało jest filmów grozy, które potrafią przestraszyć. Obecnie Hollywood raczej stawia na morze krwi, psychopatycznych zabójców i filmy bez fabuły. Czyli schemat zabili go i uciekł. Wielka szkoda, bo dobre kino grozy, odchodzi przez to powoli w zapomnienie. A to wielka strata dla kinematografii.

Jak widać Amerykanie lubują się w kopiowaniu głównie taniego i łatwego kina. Być może jest to spowodowane tym, iż amerykański widz nie lubi zbytnio się wysilać na filmie, zaś Fabryka Snów potrafi tylko produkować bajki i głupkowate komedia, więc horrory kopiuje. Nie jest to udana akcja, gdyż widać, iż owe kino grozy przeżywa taki sam kryzys jak światowa gospodarka. Widać to wybitniej w „autorskich” horrorach, które naprawdę poziomem nie grzeszą. W sumie nawet, jeśli dostaniemy coś ładnego, to jest tak ciężkostrawne, że przyprawia o mdłości. Pierwszym z brzegu takim zabiegiem są Udręczeni. Naprawdę reżyser chyba chciał udręczyć widzów swym dziełem, bo obraz Petera Cornwella ogląda się dość topornie. Jest to praktycznie cała masa powtórek z wszelkiego kina grozy o duchach plus przewidywalny do kosmicznej potęgi scenariusz. Film ani straszny ani mroczny, za to bardzo nijaki. Już lepiej w tym wypadku chwycić za Nocny pociąg z mięsem, który może poszczycić się świetnymi zdjęciami i wartką akcją. Podobny efekt znudzenia, jak w Udręczonych, choć nie aż tak tragiczny, zaznali widzowie w filmie Puls. Mimo iż fabuła była nawet w miarę ciekawa z początku, to szybko stawała się mocno przewidywalna oraz nudna. Zakończenie mimo iż również dopracowane, jakoś nie powalało. Dodatkowo, bardzo daleko było wersji amerykańskiej do azjatyckiego oryginału. Brakowało tutaj mroku, przerażenia, ciemności. Wszystko było za jaskrawe i zbyt mdłe. Podobnych produkcji można by wymienić spokojnie jeszcze z dziesięć. Najgorsze w tym wszystkim, iż mimo tak złych not, doczekały się one kontynuacji i to niejednokrotnie kilku częściowej.

GodzillaGodzilla

Co prawda mamy jeszcze jeden remake z Azji, który zaskarbił sobie tony przeciwników, ale i miał spore gro zwolenników. Mowa o obrazie Rolanda Emmericha z roku 1998 zatytułowany Godzilla. Film całkowicie zniszczony przez fanów Japońskiego oryginału, został okrzyknięty najgorszym filmem z serii o wielkim jaszczurze. Jednak osobiście nie popieram tego głosu, mi film się bardzo podobał. Był zupełnie inną wizją fabularną, z zgrabnym, pełnym akcji i humoru, scenariuszem. Dodajmy do tego naprawdę dobrą grę aktorską, szczegółowe efekty komputerowe i demolkę pokroju apokalipsy, a otrzymamy przepis na świetny film z serii Monster Movie. Był to jeden z nielicznych, w sumie udanych, zwłaszcza technicznie, obrazów amerykańskich, które kopiowały pierwowzór z Azji. Jednak jak widać na przykładzie, zabieranie się za czyjś klasyk, który wywarł w rodzimej popkulturze ogromne piętno, jest jak najbardziej nie wskazane.

Czy warto zatem powielać wielkie azjatyckie kino grozy? Jak widać nie opłaca się to szczególnie, jednak też i nie razi za mocno. Każdy chce czasem sięgnąć po tytuł z niższej półki i odprężyć się oglądając jakieś filmy o zjawach. Zresztą można liczyć na to, że w końcu znów pojawi się jakaś perełka pokroju The Ring.

KwarantannaKwarantanna

4. Oczko zagląda do Europy

Ostatnio gdy zrobiło się popularne kino europejskie, Hollywood wysłało tam swe szpony. Pierwsze co przegrzebały, i jak się wydaje tego głównie szukały, to tradycyjnie kino grozy. Nikogo więc nie powinno zdziwić, że po spektakularnym sukcesie hiszpańskiego horroru REC, Fabryka Snów wyrzuciła od siebie jej kopie – Kwarantannę. Jak się okazało tylko tym się ośmieszyła. W Polsce mieliśmy niemal roczne opóźnienie REC z wejściem na duży ekran, to też po raptem kilku miesiącach od jej zejścia dotarła do nas amerykańska kopia. W efekcie wszelkie fora kinowe oraz filmowe huczały od skarg i użalań nad głupotą plagiatowania tak dobrego horroru. Co niektórzy bronili Kwarantannę iż efekt użycia podręcznej kamery był zapoczątkowany przez Hollywood w The Blair Witch, jednak skargi dotyczyły tak naprawdę zniszczenia klimatu oraz scenariusza Hiszpana. Były to głosy jak najbardziej prawdziwe. Kwarantanna okazała się kasową porażką w Europie. Film wydłużony o nudne dialogi, przejrzysty obraz pozbawiony klimatu grozy i nadmiar pseudo-zombie, nudził ludzi. Dodatkowo nawiązanie do terroryzmu, kompletnie pogrzebało produkcję w oczach Europejczyków. Doprowadziło to do tego, iż REC, który jakimś wielkim horrorem nie jest, zyskał jeszcze większą widownię. Jednak nie ma się co tu dziwić, gdyż obraz Jaume Balagueró i Paco Plaza, miał świetny klimat oraz mrok. Był porządnym kawałkiem kina grozy ze zgrabną, mimo iż mocno przewidywalną, fabułą, jednak wyśmienitą grą aktorską. Tego Kwarantanna nie miała. W sumie to nic nie miała, gdyż zaniżono próg wiekowy co spowodowało, iż film nie był ani brutalny ani przerażający, a co gorsza usypiał. Dosłownie usypiał. Zdaje się być tylko kwestią czasu przerobienie świetnego horroru Sierociniec na wizję Ameryki, zwłaszcza że bardzo szybko po sobie wyjdą REC 2 oraz jego Hollywoodzka kopia.

Innym filmem z gatunku grozy, który doczekał się właśnie amerykańskiej wizji, jest szwedzka produkcja Pozwól mi wejść. Obraz Tomasa Alfredsona, zgarnął poza świetnymi opiniami krytyków również Saturna, za najlepszy film zagraniczny. Nic więc dziwnego, że USA obecnie tworzy jego własną wizję, mającą się ukazać w 2010 roku. Co z tego wyjdzie, trudno na razie powiedzieć, gdyż jak dotąd nie ukazał się żaden zwiastun czy inny materiał reklamowy. Ogólnie o wersji amerykańskiej jest na razie cicho, jednak boję się, że ów obraz może podzielić losy Kwarantanny. Choć zawsze jest iskierka nadziei. Być może doczekamy się kolejnego przełomu na miarę The Ring, o którym już wcześniej pisałem. Choć patrząc okiem bardziej obiektywnym, po ostatnich wpadkach Fabryki snów na tym polu, nie łudzę się na taki hit. Jednak broń Boże, oceniać nam coś co jeszcze nie ukazało się światu. Tak więc zostaje nam cierpliwie czekać i żywić nadzieję, że dostaniemy porównywalny mroczny klimat z świetną grą aktorską, która tylko spotęguje ciekawy scenariusz. Zwłaszcza, że scenariusz jak i młoda aktorka, Lina Leandersson, grająca główną rolę, były również nominowane do Saturna. Co tylko podnosi Hollywood poprzeczkę.

Stan GryStan Gry

Tymczasem możemy podziwiać to co Kevin Macdonald, stworzył w remaku brytyjskiego mini serialu kryminalnego. Mowa tu oczywiście o Stanie gry z takimi gwiazdami jak Russell Crowe, Ben Affleck i Rachel McAdams. Mimo iż gatunek zupełnie inny, reżyserowi udało się dokonać dokładnie tego samego co zrobił twórca amerykańskiego The Ring – tchnął w swe dzieło ducha życia. Stan gry może przede wszystkim poszczycić się bardzo zawiłą i nader ciekawą fabułą, którą tylko potęguje świetna gra aktorska. Naprawdę bardzo wielkie brawa należą się tu pannie Rachel McAdams, której osoba świetnie wypadła przy innej kobiecej postaci zagranej przez gwiazdę w osobie Helen Mirren. Ciekawiło mnie czy młoda aktorka da sobie radę w tak zacnym gronie aktorskim, zwłaszcza że grała ciekawą postać zwykłego pismaka blogowego goniącego tylko za sensacją i ją odpowiednio upiększała. Ku wielkiemu pozytywnemu zaskoczeniu, spisała się doskonale, nie dając się zrzucić w cień innych postaci. Kolejnym olbrzymim atutem produkcji Kevina Macdonalda są zdjęcia, jak i sam montaż. Świetnie dobrane sekwencje do danej sytuacji tylko zwiększają tępo fabuły i akcji, jaka się dzieje w danej chwili. Ruchy kamery są bardzo płynne, jednak gdy trzeba szybkie i zdecydowane. W efekcie autorom Stanu gry udało się to co zamierzali. Zmieścić cały potencjał, fabułę oraz klimat brytyjskiego mini serialu w jednej długiej produkcji kinowej. I gdyby to tylko nie był remake, to naprawdę można by było rozłożyć przed nimi czerwony dywan. Wielka szkoda.
Skoro mowa o kinie europejskim, warto chyba wspomnieć o innym mało znanym remaku, którego odświeżenie w tym roku wchodzi do kin. Mowa tu o Ostatnim domu po lewej z 1972 w reżyserii Wesa Cravena, który był jego kinowym debiutem jak i remakiem szwedzkiego filmu Źródło z 1960. Skandynawski oryginał dotąd jest uznawany za jeden z najlepszych filmów europejskich lat 60-siątych. Nie ma co się dziwić skoro za kamerą zasiadł sam Ingmar Bergman. Człowiek potrafiący świetnie ująć daną sytuację w kadrze oraz mający często niebanalne scenariusze. Młody Wes Craven, który w 1972 roku zapożyczył i nieco przerobił pomysł mistrza, stworzył z niego bardzo brutalny thriller. Brutalny do tego stopnia, że w wielu krajach był zastrzeżony przez wiele lat. W samej Anglii trwało to niemal trzydzieści lat. W sumie nie ma co się dziwić, gdyż Craven zasłynął przecież w 1984 roku z najbardziej kanonowego horroru świata – Koszmaru z ulicy Wiązów. Jednak czy aby ten zabieg się powiódł? W Ameryce jak najbardziej. Widocznie tamtejsza publiczność lubuje się w takich sprawach, gdyż film otworzył drogę reżyserowi do kariery. Jednak poza Ameryką, produkcja radziła sobie znacznie gorzej. Obecna wizja Ostatniego domu po lewej w reżyserii Dennisa Iliadisa, nie jest już tak perwersyjna, co nie oznacza, że do delikatnych należy. Mimo to zachowała klimat grozy, a to najważniejsze. Jednak każdy większy koneser kina, z pewnością sięgnie po Źródło Bergmana, gdyż tam mamy dodatkowo piękną fabułę oraz zdjęcia.
Jak więc ma się kopiowanie kina europejskiego? W przeciwieństwie do Azji, tutaj Fabryka snów, sięga też po inne gatunki i w tej materii jakoś daje radę. Z horrorami nadal jej nie idzie. Być może ma na to wpływ zaniżanie progu wiekowego. A być może po prostu Hollywood obecnie nie umie nakręcić porządnego filmu grozy. Prawdopodobnie czas pokaże, gdyż obecnie kina są zalewane takimi produkcjami.

Ostatni dom po lewejOstatni dom po lewej

5. Powrót do korzeni?

Innym dość popularnym zjawiskiem ostatnich lat, jest odświeżanie starych produkcji rodem z Ameryki. Mieliśmy z tym do czynienia już trochę, zaś producenci zapowiadają nam coraz więcej owych dań. Zważywszy iż nieraz dotyczy to klasyków, wiele osób jest przeciwnych takim zabiegom. Jednak jak historia pokazała nie zawsze było to złe. Świetnym przykładem będzie tu Człowiek z blizną. Oryginał powstał w roku 1932 gdzie w tytułową postać wcielił się Paul Muni, grając koło takich gwiazd czarno-białego ekranu jak Ann Dvorak, George Raft, Boris Karloff czy Karen Morley. Jednak tak naprawdę zdecydowana większość ludzi kojarzy postać Tonny’ego z wielkim aktorem, Alem Pacino. To on rozsławił Człowieka z blizną na cały glob, to jego kreacja zapadła w pamięci powojennego pokolenia i ich dzieci. To on i obraz Briana De Palmy z 1983 roku, są stawiane na górnej półce kina gangsterskiego. Jak widać na tym przykładzie powtórka się udała i to lepiej od oryginału. Jest wartka akcja, świetne zakończenie i nieśmiertelny upadek człowieka, który miał niemal wszystko.

YodaYoda

Idąc dalej za ciosem trzeba wspomnieć o świetnej, ‘nowej’ trylogii Gwiezdnych Wojen. George Lucas dał widzą całkiem nową wizję swego dzieła z końca lat 70-siątych. Nie tylko nową pod kątem efektów specjalnych, ale również w zarysie świetnej fabuły, rewelacyjnej gry aktorskiej oraz wyniesienia ponownie na piedestał fenomenalnej muzyki autorstwa Johna Williamsa. Chyba niemal każdy fan kina Sience Fiction, zna „Marsz Imperialny”, przewijający się niemal przez cała sagę. Lucas w swej nowej wizji, poszedł dalej dając widzą oraz fanom, to czego, dotąd nie mieli na dużym ekranie. Dziesiątki walczących Jedi oraz przepiękne pojedynki w kosmosie. W Zemście Sithów poszedł jeszcze dalej oferując potężną bitwę kosmiczną na orbicie planety Courasant. Jest to istna perła w jego dorobku, jak i całego kina S-F.
Jednak czy wszystkie tego typu manewry są udane? Okazuje się, że niestety nie. Animacja Lucasa Wojny klonów, która w kinie otworzyła drogę telewizyjnemu serialowi, nie przyjęła się tak dobrze, jak się tego spodziewano. Być może powodowała to nieco dziwna animacja postaci, a być może po prostu przeciętna fabuła. Ciężko orzec jednoznacznie, faktem jest iż projekt był nieco chybiony.

Innym przykładem nieudanej produkcji tego typu, była powtórka westernu 3:10 do Yumy. Oryginał jest wręcz kultowy w swym gatunku, remake z Christianem Bale i Russellem Crowe, był dobry, lecz tylko dobry. Zdecydowanie nie udało się do końca twórcom ukazać klimatu starych westernów. Brakowało tego czegoś, prawdopodobnie niepowtarzalności scenografii tamtych czasów oraz owych znamienitych gwiazd jak Henry Jones, Steve McQueen czy Yul Brynner. Choć to tylko ułomek góry lodowej tamtych lat. Podobnie było z serialem Siedmiu wspaniałych który powstał w latach 1998-2000. produkcja była dobra, ciekawa, jednak daleko jej było do wersji z 1960 roku, a jeszcze dalej do oryginału Akiro Kurosawy, Siedmiu samurajów z 1954, którzy to zapoczątkowali.

MetroMetro

Innym bardziej udanym zabiegiem w tej materii okazał się film Metro strachu. Z jednej strony mamy niemal to samo, tyle tylko że z nowymi aktorami, świetnymi zdjęciami i nieznanym, na tle światowym, za bardzo oryginałem. W efekcie dostajemy coś nowego, co tak naprawdę nowe nie jest. Mimo to widz nie znający dobrze kinematografii amerykańskiej, z pewnością nie połapie się, iż to już gdzieś kiedyś było. Jest to akurat zabieg bardzo udany, gdyż nie dość, że przynosi zysk, to dodatkowo tworzy iluzję, iż w Hollywood nie brak jeszcze pomysłów. Niestety jest to tylko iluzja.

Zdecydowanie gorzej, o ile nie tragicznie, wypadło odświeżenie kultowego horroru Omen. Wersja z 1976 roku miała swoisty i niepowtarzalny charakter grozy oraz depresji. Dodajmy do tego bardzo swoisty i nietuzinkowy scenariusz oraz wyśmienitą grę aktorską, a otrzymamy klasykę. Trzydzieści lat później John Moore wpadł na pomysł odbudowania owego obrazu. Całkiem mu to nie wyszło. Mimo nowoczesnej techniki komputerowej oraz nowych zastosowań w dziedzinie scenografii jak i zdjęć, film nie miał kompletnie klimatu. Był po prostu płytki. Aktorzy starali się jak mogli, aby obraz nie legł w gruzach, co miejscami im nawet wychodzi, jednak w całokształcie Omen z 2006 roku jest produkcją słabą. Brak w nim mroku, depresji, przerażenia, po prostu brakuje klimatu, jaki zbudował pierwowzór. Podobny los może czekać nową wersję Dziecka Rosemary, która ma wejść do kin w 2010 roku. Producenci zapowiedzieli, że remake ma być bardziej wierny książce, niż zrobił to Polański w swej wersji. Jednak wydaje się to być czystym chwytem reklamowym oraz absurdem, gdyż Polański, stworzył wręcz wierną ekranizację książki w swoim dziele z 1968 roku. To też obawy widzów o to, co ma się ukazać obecnie w kinie, są w pełni uzasadnione.

Star TrekStar Trek

Zdecydowanie lepiej poradziła sobie nowa wizja Star Treka. O tyle nowa, że reżyser, J.J. Abrams, ukazał nam alternatywny początek losów załogi okrętu U.S.S. Enterprise. Ryzyko się opłaciło, głównie dzięki świetnym efektom specjalnym, oraz wyśmienitej grze aktorskiej. Cała reszta również spisywała się więcej niż przyzwoicie, dzięki czemu uzyskano porządny film, który po części był powtórką, jednak z nowym daniem. Niestety każdy kij ma dwa końce i produkcja wyjątkowo nie spodobała się zagorzałym fanom serii. Jednak na szczęście nie wpłynęło to jakoś znacząco na wpływy produkcji, gdyż dużo osób z młodego pokolenia poszło rzeką na ów film. Jest to świetny przykład, iż przerobienie czegoś starego na nowe, opłaca się. Choć trzeba tu bardzo roztropnie dobierać kroki, aby nie skończyć jak Terminator: Salvation, który w Ameryce poniósł finansową klapę.

Innym sposobem Hollywood na odświeżanie własnych produkcji w inny sposób, jest przerabianie bajek o super herosach na filmy aktorskie. Przykładów jest tu mnóstwo – Iron Man, Hulk czy ostatni ich produkt G.I. Joe: Czas Kobry. Efekty tej operacji w USA są prawie zawsze pozytywne, choć zdążają się wyjątki. Jednak spora część tych filmów radzi sobie doskonale na świecie. Najlepszym przykładem będzie tutaj seria Spiderman która przyniosła wręcz rekordowe zyski. Z pewnością przyczynił się też tu fenomen człowieka pająka, jak i również wymyślne efekty specjalne. W zasadzie większa część tych filmów cieszy się powodzeniem dzięki efektom komputerowym i grze aktorskiej. Rzadko kiedy fabuła stoi u nich na jakimś wysokim poziomie, ale w komiksach mieliśmy przecież podobnie.

Iron ManIron Man

Jak widać eksperymentowanie z rodzimym kinem przychodzi Hollywood o wiele lepiej niż z zagranicznym. Z pewnością jest to zasługa tego, iż sami już to kiedyś zrobili, więc wiedzą co wystarczy poprawić, aby danie smakowało lepiej. Z drugiej strony pozostaje pewien niedosyt, no bo przecież to już było. Brak nowości. Jest to manewr na pewno przynoszący zyski, jednak nie uznanie i rzesze wielbicieli.

6. Puenta – czyli co wydumał autor

Widać więc na różnych przykładach, że Hollywood cierpi, od długiego czasu, chronicznie na brak dużej dawki, świeżych pomysłów. W efekcie mamy w gatunkach kina grozy, niekończące się tasiemce, powtórki z przeszłości i odgrzewane, w mało strawny sposób, filmy z Azji i Europy. W materii kina rozrywkowego czy komediowego, Fabryka snów, czerpie inspirację w nowych ekranizacjach starych komiksów i prawie, że niemal na tym tylko i wyłącznie poprzestaje. Co zaś się tyczy kina S-F to w tym roku jest go dość dużo, jednak i tak są to albo przeciągane serie, albo po prostu alternatywne wizje oryginałów.
Martwi mnie małe zainteresowanie producentów kinem historycznym, które w Azji zaczyna rozkwitać. Brakuje też dużej ilości adaptacji wszelkie maści i różnorodności gatunkowej książek. Co prawda mieliśmy ekranizację Aniołów i demonów czy zbliżającą się ekranizację „Weronika postanawia umrzeć”, jednak jest dużo ciekawych pomniejszych pozycji, które są nietknięte. Dodatkowo gigantyczny brak jest w autorskich pomysłach. Tu biedę klepią zarówno filmy aktorskie jak i animacje. Być może złą passę przełamie Disney zimą tego roku, ze swą nową animacją Księżniczka i żaba, która powróci do korzeni techniki rysowania, bez animacji komputerowych. Kino trójwymiarowe, również nie budzi na razie wielkich rewelacji, gdyż mamy tutaj albo stereotypowe bajeczki, lub makabrycznie tępe horrory.

Anioły i DemonyAnioły i Demony

Jakie więc jest potrzebne lekarstwo Hollywood? Z pewnością więcej odwagi u producentów oraz więcej wyobraźni u reżyserów czy scenarzystów. Mniej kopiowania, zwłaszcza z Azji, a bardziej stawiania na swoim. Być może to pomoże podnieść się z kryzysu. Natomiast my, zwykli widzowie, gdy mamy ciężki dzień, to śmiało idźmy do kina na jakiś efektowny filmik, lecz nie bójmy się zajrzeć z nostalgią w przeszłość i w zaciszu domu zagłębić się w stare dobre kino drugiej połowy dwudziestego wieku.