Film, który przeklina po coś i dzięki temu trafia w sedno. Zaskakująco mądra, momentami przezabawna i boleśnie aktualna opowieść o kobiecym gniewie. 7
Na pierwszy rzut oka Wredne liściki wyglądają jak ekscentryczna komedia z małego angielskiego miasteczka, gdzie obecne są skandale, herbatka, sztywne kołnierze i sąsiedzkie plotki. Ale Thea Sharrock wykorzystuje ten konwencjonalny sztafaż, aby opowiedzieć historię o czymś znacznie poważniejszym. Reżyserka mówi o tłumionym gniewie kobiet, o patriarchacie ubranym w moralność, i o tym, jak kilka brudnych słów może stać się narzędziem buntu.
Rzecz dzieje się w latach 20. XX wieku w nadmorskim Littlehampton. Pewnego dnia bogobojna Edith Swan (Olivia Colman) zaczyna otrzymywać anonimowe listy pełne wulgarnych obelg. Z każdym kolejnym oburzenie rośnie, a winna wydaje się oczywista. Rzekomo ma nią być Rose Gooding (Jessie Buckley), irlandzka imigrantka i samotna matka, znana z niewyparzonego języka. Wystarczy, że przeklina, że pije, że nie klęka wystarczająco nisko przed autorytetem i to wystarczy, aby miasteczko wydało na nią wyrok.
Ale w tym filmie nic nie jest takie, jakim się wydaje. Wredne liściki szybko odsłania, że to nie pijana Irlandka, lecz przykładna chrześcijanka Edith jest autorką wstrętnych epistoł. Kobieta, która latami była tresowana przez ojca (znakomity Timothy Spall, który jak nikt potrafi wyglądać jak żywa definicja angielskiego mizogina), wreszcie daje ujście swojemu wewnętrznemu chaosowi, tylko że czyni to z taką samą hipokryzją, jaka ją otacza.
Olivia Colman jak zwykle wznosi się ponad materiał. Jej Edith to istota zgnieciona przez własne "powinności", z twarzą wiecznie napiętą od wewnętrznego sprzeciwu. Jednocześnie potrafi być komiczna, tragiczna i przerażająco ludzka. Buckley zaś wnosi energię, brud i życie. Jest jak huragan, który wdziera się w mieszczańską fasadę Littlehampton z impetem godnym młodej Maggie Smith. To dzięki niej film pulsuje emocją. Ich wspólne sceny są jak starcie dwóch światów - obłudy i autentyczności, represji i wolności.
Trzecią bohaterką jest funkcjonariuszka Gladys Moss (Anjana Vasan) - czarnoskóra policjantka w epoce, gdy sam fakt, że kobieta nosi mundur, był traktowany jak kaprys losu. To ona staje się głosem rozsądku i sprawiedliwości, uosobieniem tego, że kobiety muszą walczyć nie tylko o prawdę, ale o prawo do jej wypowiadania. Choć film nie eksploruje wystarczająco rasowych napięć tamtego okresu (co byłoby cennym uzupełnieniem), Vasan nadaje swojej postaci lekkości i wdzięku.
Ton Wrednych liścików balansuje na granicy komedii i dramatu. Z jednej strony to rasowa satyra o małomiasteczkowej hipokryzji, pełna wykwintnych obelg, które same w sobie mogłyby stanowić antologię brytyjskiego przeklinania ("You foxy-ass old whore!" - to tylko próbka). Z drugiej historia o tym, jak kobiety, stłamszone przez religię i społeczne oczekiwania, uczą się mówić własnym głosem, choćby miał to być głos pełen wulgaryzmów.
Nie jest to jednak film bez wad. Sharrock czasem gubi rytm, przez co druga połowa traci napięcie śledcze, a niektóre sceny wydają się zbyt bezpieczne wizualnie, jakby reżyserka bała się pójść krok dalej w stylistycznej ekscentryczności. Tajemnica listów rozwiązuje się zbyt wcześnie, co odbiera historii część potencjalnego dramatyzmu. Ale nawet mimo tej strukturalnej nierówności, film nigdy nie traci swojej przewrotnej duszy. To produkcja, która mogłaby powstać tylko w Wielkiej Brytanii. Amerykanie nie potrafiliby opowiedzieć o skandalu przy herbacie z taką ironią i wdziękiem. Wrednych liścików mają w sobie ten typowo brytyjski urok. Jest to ta sztywność, która nagle eksploduje obscenicznym śmiechem.
Na koniec, jak przystało na prawdziwy moralitet o niemoralności, każda z bohaterek dostaje swoje katharsis. Edith, choć kończy za kratkami, po raz pierwszy w życiu mówi, co myśli. Rose odzyskuje godność, a Gladys szacunek. I może o to właśnie chodziło Sharrock - by pokazać, że czasem jedyny sposób, aby przebić mur patriarchatu, to rzucić w niego gradem przekleństw.
Wredne liściki to zaskakująco mądra, momentami przezabawna i boleśnie aktualna opowieść o kobiecym gniewie. O potrzebie wykrzyczenia świata, który od wieków uciszał kobiety modlitwą i konwenansem. Olivia Colman i Jessie Buckley tworzą duet wart wszystkich listów z piekła rodem. A jeśli po seansie złapiesz się na tym, że chciałbyś komuś powiedzieć "You foxy-ass old whore" z czystym zachwytem... cóż, reżyserka pewnie uznałaby to za najlepszy możliwy komplement.