Sprawne i momentami ujmujące sci-fi, które wybiera przystępność zamiast głębi i przez to nie zostaje na długo w pamięci. 7
Adaptacja powieści "Projekt Hail Mary" w reżyserii duetu Phil Lord i Christopher Miller to przykład współczesnego widowiska, które chce zjeść ciastko i mieć ciastko. Chodzi po prostu o to, aby taki film jednocześnie zadowolił szeroką publiczność i dodatkowo zachował pozory naukowej wiarygodności. Czy "Projekt Hail Mary" jest takim filmem, pytanie?
Głównym bohaterem opowieści jest Ryland Grace (Ryan Gosling), nauczyciel fizyki, który budzi się na statku kosmicznym bez pamięci o swojej misji. Stopniowo odkrywa, że został wysłany w przestrzeń kosmiczną, aby rozwiązać problem zagrażający całej Ziemi. Konstrukcja narracji opiera się na odkrywaniu kolejnych informacji, zarówno o sytuacji globalnej, jak i o samym bohaterze, co początkowo buduje napięcie i ciekawość. Wraz z rozwojem akcji punkt ciężkości przesuwa się jednak w stronę relacji Grace’a z nieoczekiwanym towarzyszem podróży, co nadaje historii bardziej kameralny i emocjonalny wymiar.
Reżysersko Lord i Miller stawiają na przystępność. W pierwszym akcie dominują żarty i lekki ton, i chociaż humor jest intensywny, to nie zawsze trafia w punkt. Dopiero później film znajduje lepszy balans, kiedy reżyserzy pozwalają wybrzmieć scenom opartym na interakcji bohaterów i samotności w kosmosie. Problem w tym, że przy większych, bardziej spektakularnych fragmentach produkcja ma tendencję do nadmiernego prowadzenia widza za rękę, gdzie emocje są podkreślane zbyt wyraźnie, a dramaturgia bywa wymuszana.
Scenariusz zachowuje przejrzystą strukturę, gdzie mamy problem, a następnie rozwiązanie, co sprawia, że nawet przy niemal trzygodzinnym metrażu film pozostaje czytelny. Jednocześnie nie wykorzystuje w pełni potencjału materiału źródłowego Andy'ego Weira. Nauki jest tu mniej, niż można by oczekiwać, a cięższe i bardziej refleksyjne wątki dotyczące poświęcenia czy odpowiedzialności zostają potraktowane powierzchownie. Relacja centralna działa przede wszystkim dzięki swojej prostocie i czytelności, ale brakuje jej większych tarć czy nieoczywistych napięć, które mogłyby nadać jej głębi. Dodatkowo konstrukcja retrospekcji w drugiej połowie filmu wyraźnie spowalnia narrację, a finał sprawia wrażenie, jakby scenariusz nie potrafił zdecydować się na jedno, ostateczne domknięcie.
Najmocniejszym elementem pozostaje warstwa audiowizualna. Zdjęcia Greiga Frasera robią duże wrażenie - wnętrza statku są namacalne, a operowanie kolorem i światłem nadaje przestrzeni charakteru. Inspiracje kinem w rodzaju "Interstellar" czy "2001: Odyseja kosmiczna" są widoczne, ale nie dominujące. Film korzysta z tych wzorców, jednocześnie upraszczając ich język na potrzeby bardziej przystępnej narracji.
Na poziomie aktorskim całość opiera się głównie na Goslingu, który utrzymuje uwagę widza przez większość seansu. Jego bohater balansuje między nieporadnością a determinacją i mimo pewnych uproszczeń w scenariuszu, pozostaje wiarygodny. Sandra Hüller pojawia się w roli drugoplanowej, dostając kilka wyraźnych momentów, choć jej postać funkcjonuje głównie jako element konstrukcyjny fabuły. Aczkolwiek uważam, że to ona jest bohaterką najlepszej sceny w całym filmie, czyli momentu karaoke!
"Projekt Hail Mary" działa najlepiej w mniejszych, bardziej intymnych fragmentach, tam, gdzie opiera się na relacji i emocji, a nie na widowisku. Kiedy jednak próbuje być czymś więcej niż sprawnie opowiedzianą historią o przetrwaniu, zaczynają wychodzić na wierzch jego ograniczenia. To film, który ogląda się z przyjemnością, ale który jednocześnie dość szybko traci ciężar po seansie.