Thriller poprawny, chwilami angażujący, lecz ostatecznie zbyt zachowawczy, aby stać się czymś więcej niż jednorazowym seansem z etykietą zmarnowanego potencjału. 6
"Pomoc domowa" Paula Feiga to film, który od pierwszych minut sprawia wrażenie, jakby bardzo chciał być czymś więcej, niż w rzeczywistości jest. Adaptacja bestsellerowej powieści Freidy McFadden przychodzi obciążona oczekiwaniami takimi, jak obietnica powrotu do dorosłego thrillera, podszytego erotycznym napięciem, moralną dwuznacznością i grubymi emocjami, których współczesne kino raczej unika. I trzeba uczciwie powiedzieć, że Feig próbuje. Problem w tym, że próby nie zawsze kończą się sukcesem.
Historia Millie Calloway (Sydney Sweeney) zaczyna się jak klasyczny amerykański koszmar społeczny. Główną bohaterka to młoda kobieta bez dachu nad głową, świeżo po wyjściu z więzienia, śpiąca w samochodzie i desperacko szukająca stabilizacji. Oferta pracy jako mieszkająca na miejscu pomoc domowa u zamożnej rodziny Winchesterów brzmi jak wybawienie i to aż za bardzo. Wielki dom, idealne zdjęcia rodzinne na ścianach, nienaganne maniery gospodyni. Kino od dekad uczy nas, że jeśli coś wygląda jak folder z katalogu, to najpewniej kryje w piwnicy trupa. Czasem dosłownie.
Feig przez długi czas gra w otwarte karty. Pierwsza godzina filmu jest niemal demonstracyjnie przewidywalna. Nina Winchester (Amanda Seyfried) szybko przechodzi drogę od uprzejmej pani domu do neurotycznej, chwiejnej emocjonalnie tyranki. Jej mąż Andrew (Brandon Sklenar) to z kolei chodzący stereotyp - spokojny, czuły, wyrozumiały, z tym rodzajem łagodności, który w thrillerach zawsze powinien zapalić lampkę ostrzegawczą. Millie, uwięziona między przeszłością a warunkami zwolnienia warunkowego, znosi kolejne upokorzenia, bo nie ma dokąd pójść. To wszystko już widzieliśmy i film nawet nie udaje, że chce nas w tym momencie zaskoczyć.
Dopiero druga połowa "Pomocy domowej" próbuje przestawić wajchę. Narracja zaczyna się kruszyć, perspektywy zmieniają, a pozornie banalny trójkąt nabiera bardziej mrocznych odcieni. Film przypomina wtedy, że jego prawdziwym tematem nie jest romans ani klasowy konflikt, lecz przemoc. Ta psychiczna, ta systemowa i ta, którą łatwo ukryć pod maską stabilności i społecznego prestiżu. W tym sensie "Pomoc domowa" chce być opowieścią o kobietach uwięzionych w rolach służącej, żony, tej niestabilnej, tej z przeszłością. Mężczyzna natomiast przez większość czasu ustawiony w pozycji moralnego punktu odniesienia, stopniowo odsłania swoją prawdziwą naturę.
To właśnie tutaj film robi coś interesującego, ale jednocześnie sam sobie podcina skrzydła. Zwrot narracyjny, który w teorii powinien wywracać wcześniejsze założenia, zostaje podany w sposób zbyt dosłowny, momentami wręcz łopatologiczny. Feig nie ufa widzowi. Zamiast pozwolić mu samemu poskładać elementy układanki, serwuje retrospekcje i dialogi wyjaśniające niemal wszystko wprost. Subtelność przegrywa z potrzebą upewnienia się, że wszyscy nadążają.
Największym atutem filmu pozostaje Amanda Seyfried. Jej Nina to postać zbudowana na drobnych pęknięciach, spojrzeniu zbyt długo zatrzymanym na rozmówcy, uśmiechu, który pojawia się ułamek sekundy za późno, nagłych zmianach tonu. Seyfried doskonale balansuje między kampową przesadą a autentycznym dramatem kobiety, której zachowanie, choć skrajne, zyskuje z czasem logiczne uzasadnienie. To rola, która dźwiga cały film i nadaje mu ciężar, którego sam scenariusz często nie potrafi utrzymać.
Sydney Sweeney ma znacznie trudniejsze zadanie i niestety nie zawsze mu sprosta. Jej Millie przez długi czas jest niemal całkowicie pasywna, a kiedy wreszcie przychodzi moment przemiany, aktorka nie potrafi w pełni sprzedać tej ewolucji. Zamiast wewnętrznego napięcia dostajemy raczej mechaniczne przejście od ofiary do sprawczyni. Brakuje niuansów, a narracja z offu, zamiast pogłębiać portret psychologiczny, tylko podkreśla aktorskie ograniczenia. Sklenar natomiast funkcjonuje głównie jako projekcja, bowiem jest "idealny" dokładnie tak długo, jak wymaga tego scenariusz, i "potworny" dokładnie wtedy, gdy fabuła tego potrzebuje. Postać Andrew jest bardziej funkcją fabularną niż pełnokrwistym bohaterem.
Problem "Pomocy domowej" polega na tym, że film dotyka ciekawych tematów, ale rzadko ma odwagę naprawdę je przeanalizować. Obraz perfekcyjnego życia na przedmieściach zostaje wykorzystany jako dekoracja, nie jako obiekt krytyki. Bogactwo, estetyka, społeczny status - wszystko to okazuje się fałszywe, ale film nie idzie o krok dalej, aby zapytać, dlaczego tak bardzo chcemy w tę fałszywość wierzyć. Ironia pozostaje niewykorzystana, a potencjalnie gorzka diagnoza zostaje rozbrojona przez potrzebę domknięcia historii efektowną, momentami wręcz sensacyjną kulminacją.
Finał, choć brutalny i sprawnie zrealizowany, przychodzi zbyt szybko i zbyt łatwo. Rozwiązania fabularne balansują na granicy wiarygodności, a jeden czy dwa zbieg okoliczności sprawiają, że napięcie ustępuje miejsca wzruszeniu ramion. To nie jest thriller, który zostaje pod skórą. Raczej taki, który ogląda się z zainteresowaniem, a po kilku dniach zaczyna się rozpadać w pamięci.
"Pomoc domowa" nie jest filmem złym. Jest solidnie zrealizowany, momentami wciągający i aktorsko uratowany przez Seyfried. Ale to także przykład kina, które bardzo chce być "jak kiedyś", a jednocześnie boi się w pełni zaufać swojej historii i widzowi. Zamiast naprawdę zanurzyć się w mroku, często wybiera bezpieczne półcienie. Thriller poprawny, chwilami angażujący, lecz ostatecznie zbyt zachowawczy, aby stać się czymś więcej niż jednorazowym seansem z etykietą zmarnowanego potencjału.