Dzieło odważne, momentami irytujące, ale często olśniewające. Film bardziej do przeżycia niż do streszczenia. 7
Błysk diamentu śmierci to film, który nie tyle opowiada historię, co bezczelnie wdziera się w zmysły i mówi widzowi wprost, że albo grasz na moich zasadach, albo drzwi są tam. Hélène Cattet i Bruno Forzani, czyli duet, z którym miałem okazję zetknąć się po raz pierwszy (ale trochę o nim słyszałem) pokazuje swoim najnowszym dziełem, że kino traktują jak fetysz, rytuał i laboratorium w jednym. Oni nie rekonstruują przeszłych gatunków, oni je destylują, aż zostanie z nich czysta, pulsująca esencja stylu. Pod swoją lupę wzięli eurospy lat 60. i 70., czyli świat tanich podróbek Bonda, pop-artowej erotyki, plastikowego luksusu i narracyjnej umowności. I nie ma tu ani grama ironii - jest za to absolutne oddanie formie.
Punkt wyjścia fabularny istnieje, choć należałoby raczej mówić o jego cieniu. Jest emerytowany szpieg, zniknięcie sąsiadki, przeszli wrogowie, którzy być może wracają. To brzmi jak klasyczny thriller, ale Cattet i Forzani traktują fabułę jak wspomnienie - niepełne, zniekształcone i fragmentaryczne. Narracja nie prowadzi widza za rękę, nie buduje napięcia w tradycyjnym sensie. Zamiast tego bombarduje obrazami, dźwiękami, powtórzeniami i wariacjami motywów, które wracają jak echo w głowie bohatera. Diamenty odbijające światło na skórze, ostrza, paznokcie, maski, skóra, lateks - wszystko funkcjonuje tu na zasadzie wizualnych doznań. To kino pamięci, niekoniecznie akcji. Kino rozpadu, a nie ciągłości.
Formalnie film jest niemal obscenicznie dopieszczony. Kolorystyka bije po oczach neonową intensywnością, montaż tnie rzeczywistość na kawałki z chirurgiczną precyzją, a dźwięk działa bardziej jak kompozycja muzyczna niż realistyczna ścieżka audio. Są tu stop-klatki, dzielenie ekranu (czyli tak zwane split screeny), nagłe wstawki rysunków i fotografii, wizualne cięcia, które celowo niszczące płynność odbioru. To estetyczny atak, który momentami zachwyca, momentami męczy, ale zawsze pozostaje konsekwentny. Jeśli ten film bywa wyczerpujący, to dlatego, że nie zna umiaru.
Na osobne uznanie zasługują efekty specjalne i charakteryzacja. Rany, lateks, fizyczność przemocy, to wszystko wygląda namacalnie, oldschoolowo i bez cyfrowej sterylności. To kino, które pamięta, że krew powinna mieć fakturę, a nie tylko kolor. Obsada w dużej mierze nieoczywista, idealnie wpisuje się w konwencję. Fabio Testi, ikona kina gatunkowego sprzed dekad, wnosi do filmu melancholię i zmęczenie czasem, których nie da się zagrać. Jego obecność nadaje całości wymiar elegijnego pożegnania z epoką, która dawno minęła, ale wciąż żyje w kinowych fantazjach. Finał jest szybki, intensywny, a jednocześnie zaskakująco nostalgiczny.
Błysk diamentu śmierci jest filmem skrajnie nieprzystępnym dla widza oczekującego klarownej historii, psychologicznej motywacji postaci czy klasycznej dramaturgii. Wielu zarzuci mu chaos, brak sensu, narracyjną pustkę. I częściowo będą mieli rację, bo to kino, które świadomie rezygnuje z tradycyjnego przedstawienia wydarzeń. Ono chce raczej sprawdzić, jak to będzie działało na zmysły idza. Ale sprowadzanie tego filmu do pustej formalnej wydmuszki byłoby uproszczeniem. Pod warstwą stylu kryje się refleksja nad czasem, pamięcią i kinem jako nośnikiem wspomnień - zarówno tych osobistych, jak i zbiorowych, zapisanych w popkulturze.
To film, który bardziej się podziwia i szanuje, niż kocha od pierwszego seansu. Wymaga drugiego podejścia, a być może nawet trzeciego. I to nie po to, aby zrozumieć fabułę, ale by lepiej wejść w jego rytm. Cattet i Forzani nie robią kina dla wszystkich i nawet nie udają, że chcą. Robią kino dla tych, którzy pamiętają, jak wyglądała czysta przyjemność obcowania z formą, zanim wszystko zaczęło się tłumaczyć, porządkować i testować na grupach fokusowych.
Błysk diamentu śmierci to dzieło odważne, momentami irytujące, często olśniewające. Film bardziej do przeżycia niż do streszczenia. I choć nie jest arcydziełem w klasycznym sensie, to bez wątpienia jest jednym z najbardziej bezkompromisowych i osobnych głosów współczesnego kina gatunkowego. Bardzo możliwe, że za jakiś będzie ten tytuł będzie miał status kultowego. Ale tylko dla tych, którzy nie boją się zajrzeć w to pęknięte lustro i zaakceptować fakt, że nie wszystko musi się w nim logicznie odbijać.