Wybitna rola Rose Byrne w filmie, który pomylił intensywność z głębią i zostawił mnie bardziej zmęczonego niż poruszonego. 5
Film wyreżyserowany przez Mary Bronstein to zamknięty, duszny dramat psychologiczny, który niemal w całości opiera się na jednej postaci i jednym tonie, czyli permanentnym napięciu. Linda (Rose Byrne) jest terapeutką balansującą na granicy załamania. Wychowuje ciężko chorą córkę wymagającą karmienia przez sondę i rygorystycznej kontroli wagi. Dodatkowo jej mąż (Christian Slater) przebywa daleko od domu, a mieszkanie przestaje nadawać się do użytku po zawaleniu się sufitu. Tymczasowa przeprowadzka do hotelu nie przynosi ulgi i raczej intensyfikuje chaos. Na domiar złego jedna z jej pacjentek znika bez śladu, a relacja z własnym terapeutą (Conan O'Brien) przypomina wszystko tylko nie odpowiedni sposób leczenia.
Bronstein od razu wrzuciła mnie w środek kryzysu i nie pokazała żadnych drogowskazów. Granica między realnością a projekcją psychiczną zaczyna się rozmywać, a film nie oferuje łatwych odpowiedzi. Problem w tym, że to rozchwianie narracyjne nie prowadzi do odkrycia, lecz do znużenia. Symbolika, zwłaszcza motyw dziury w suficie jako dosłownego i metaforycznego pęknięcia w życiu bohaterki, jest podana w sposób nazbyt oczywisty. Zamiast niepokoju pojawia się wrażenie ilustracyjności.
Scenariusz funkcjonuje jak zapis nieustannego przeciążenia. Dialogi są ostre, pełne pretensji, często celowo chaotyczne. Zabieg wydaje się być zrozumiały, ponieważ film chce, byśmy czuli frustrację Lindy. I rzeczywiście ją czujemy. W nadmiarze. Córka sportretowana jest jako źródło ciągłego napięcia - jej płacz, krzyk i odmowa współpracy mają być elementem realistycznego portretu wyczerpania rodzica, ale w praktyce szybko zaczynają działać jak narzędzie tortury dźwiękowej. Jeśli celem było doprowadzenie widza do granicy cierpliwości to misja została zakończona sukcesem.
Najmocniejszym punktem pozostaje Byrne. To rola fizyczna, nerwowa i bez chwili wytchnienia. Aktorka właściwie nie schodzi z ekranu i niesie film na własnych barkach. Jej Linda jest jednocześnie ofiarą systemu, własnych ambicji i własnego egoizmu. Byrne unika łatwej sympatii, gra kobietę szorstką, impulsywną, momentami wręcz odpychającą. I właśnie dlatego jej kreacja ma ciężar. Problem polega na tym, że film nie dorasta do poziomu tej interpretacji.
Ton całości bywa mylący. Produkcja była promowana jako "czarna komedia", lecz trudno doszukać się tu humoru, nawet w wydaniu gorzkim. To raczej thriller lękowy o macierzyństwie i rozpadającej się tożsamości. W momentach halucynacyjnych czy onirycznych Bronstein próbuje wybić się ponad realistyczną konwencję, ale te sekwencje nie wnoszą nowej jakości, a jedynie potęgują wrażenie chaosu.
Film aspiruje do kina w duchu psychologicznych studiów neurozy, przywodzi na myśl twórców, którzy budują napięcie poprzez immersję w stanie psychicznym bohatera. Różnica polega na tym, że tam intensywność prowadzi do katharsis lub przynajmniej znaczącej konkluzji. Tutaj kulminacja jest rozmyta. Po blisko dwóch godzinach emocjonalnego młota widz może odnieść wrażenie, że wysiłek nie został wynagrodzony.
Kopnęłabym cię, gdybym mogła to kino konsekwentne w swojej wizji, bezkompromisowe i aktorsko imponujące. Jednocześnie to doświadczenie wyczerpujące, momentami monotonne w swoim krzyku i zbyt dosłowne w metaforach. Portret macierzyństwa jako pola permanentnej klęski i samotności ma siłę, ale film nie zawsze potrafi przekuć tę siłę w spójną opowieść.