Styl i aktorstwo na poziomie, ale scenariusz gubi tempo i konsekwencję w kreowaniu postaci głównego bohatera. Niezłe kino gatunkowe, który mimo wszystko miała potencjał na coś więcej. 6
"Crime 101" to przykład kina, które ma wszystkie składniki solidnego thrillera i jednocześnie wyraźny problem z ich proporcjami. Na poziomie obsady i realizacji to projekt niemal modelowy. Bart Layton prowadzi film z wyczuciem formy, dba o elegancki rytm scen i buduje atmosferę chłodnego profesjonalizmu. Kamera w jego władaniu jest naprawdę pewna, a miasto Los Angeles jest jednocześnie kuszące i niepokojące. Co więcej, sekwencje pościgów samochodowych mają w sobie klasyczną energię kina lat 60. i 70. Niestety problem zaczyna się tam, gdzie forma powinna spotkać się z treścią.
Tak, jak wspomniałem we wstępie akcja "Crime 101" rozgrywa się w Los Angeles i koncentruje się na trójce bohaterów (w tych rolach Chris Hemsworth, Halle Berry oraz Mark Ruffalo), którzy znajdują się w przełomowym momencie swojego życia. Ich losy splatają się wokół planu napadu na wielomilionową sumę, obiecującego szybkie i radykalne odwrócenie dotychczasowego biegu spraw. Kiedy ryzyko i napięcie zaczynają rosnąć, każda decyzja niesie za sobą realne konsekwencje, a wycofanie się przestaje być możliwe.
Czytając ten opis można dojść do wniosku, że scenariusz obiecuje precyzyjnie skonstruowaną potyczkę bohaterów tej opowieści, ale finalnie dostajemy tylko pozory psychologicznego napięcia. Długie i nieco bardziej wyciszone sceny mają budować suspens, tymczasem momentami rozciągają dramaturgię do granic wytrzymałości. Zamiast eskalacji dostajemy powtarzanie tych samych nut. Film chce być powściągliwy i elegancki, i to się co prawda udaje, ale równocześnie traci przy tym dynamikę.
To co w trakcie seansu było jednak dla mnie najbardziej odczuwalne to niespójność w konstrukcji głównego bohatera. Zaczyna on jako metodyczny, niemal obsesyjnie zdyscyplinowany profesjonalista, aby w finałowych sekwencjach podejmować decyzje, które nie wynikają z logicznie przeprowadzonej przemiany. Brakuje etapów pośrednich, jakiegoś psychologicznego pomostu, który mógłby nam wyjaśnić, co tak naprawdę w nim zaszło. Finalnie zmiana następuje, ale nie została dramatycznie wypracowana.
Również relacja antagonistyczna nie osiąga pełnego potencjału. Konflikt jest zarysowany poprawnie, lecz brakuje mu tego czegoś. Nie ma tu wyraźnej gry intelektów ani nieuchronności starcia, która w klasycznych heistach buduje napięcie niemal do bólu. Finał, choć nieoczywisty, pozostawia wrażenie niedosytu.
Na szczęście aktorstwo utrzymuje projekt w ryzach. Chris Hemsworth gra oszczędnie, bez typowej dla siebie ekspresji, co działa na korzyść roli. Halle Berry wnosi do filmu wyraźną obecność i ciężar emocjonalny, nawet jeśli scenariusz nie zawsze daje jej materiał pierwszej klasy. Mark Ruffalo tworzy postać funkcjonalną, choć nierówną, momentami zbyt szkicową, aby naprawdę stać się równorzędnym przeciwnikiem. Epizodyczne wejścia Barry'ego Keoghana przyciągają uwagę bardziej energią niż głębią, ale musze przyznać, że skutecznie ożywiają wydarzenia, które mamy na ekranie.
W warstwie technicznej trudno się do czego przyczepić. Zdjęcia są stylowe, montaż w większości sprawny (choć całość spokojnie można by skrócić o kilkanaście minut), a muzyka dyskretnie podbija napięcie tam, gdzie scenariusz sam z siebie nie zawsze daje radę. Zresztą czuć, że jest to kino robione "po bożemu", inspirujące się klasykami gatunku.
Ostatecznie "Crime 101" to film solidny, miejscami bardzo dobry, lecz nie do końca spełniony. Ma klasę, ma obsadę, ma klimat, ale brakuje mu tylko dramaturgicznej bezwzględności, która zamieniłaby elegancki thriller w kino naprawdę elektryzujące. Uważam, że scenariusz powinien zostać nieco bardziej "dogotowany", aby wyszło z tego pełne danie.