W zbyt długim korowodzie dygresyjnym, jaki skutecznie miesza tu wątki narracyjne, trudno się dopatrzeć celu tej żmudnie rozwijanej opowieści 5
"Śmierci się nie boję, ale do trumny nie wejdę." - uprzedza seniorka rodu zebranych w izbie. Rodzina właśnie odprawia egzekwie nad nieboszczką, która pożegnała się ze światem. W tym domu kult odchodzenia jest bardzo precyzyjnie przestrzegany. Zanim zamknie się wieko trumny, muszą zostać spełnione liczne czynności symbolicznie towarzyszące aktowi ostatecznemu. Dzieci zapamiętają ten dzień na długo. Pozostanie on doświadczeniem kryjącym się w ich świadomości latami. Będzie potem powtarzany przy okazji innych, ale de facto tych samych okoliczności. Babcia też kiedyś była dzieckiem. Do niej przez dekady docierała myśl o nieuchronności losu. Babcia zatem do trumny z własnej woli nie wejdzie. Widok leżących na katafalku przodków otrzaskał kobietę z przewidywalną procedurą. Ale babcia mówi prawdę. Śmierci nie ma się co bać. Czy może ona być mniej znośna od serii zabobonnych czynności wykonanych bardziej ku pokrzepieniu żyjących?
Ale farma w północnych Niemczech przeżyła nie tylko zgony. Tu krzewiły się związki rodzinne, wielopokoleniowe relacje, inicjacje, przyjaźnie, małżeństwa, narodzenia, tragedie. Alma, Angelica, Erica i Lenka przywołują własne, nieuporządkowane wspomnienia z dzieciństwa. Dołożą do nich komentarze, na jakie mogą się zdobyć po latach. Perspektywa czasowa natchnie dziewczynki wychowujące się w tym samym miejscu na przestrzeni wieku do celnej syntezy. Refleksja stąd płynąca przyjmie niespodziewanie wspólny, racjonalny nurt. "Jak to jest, że gdy chcę ruszyć nogą, ta wykona polecenie? Ale gdybym chciała, by serce przestało bić, ono nie słucha?" - deliberuje któraś z dziewczynek. Wszak każde życie zmierza ku śmierci. Może więc warto odejść na własnych zasadach i nie czekać decyzji ślepego losu?
Niemcy epoki dwudziestego wieku przeżyły niemal wszystko to, co i same zafundowały światu. Gorycz wojennej porażki, entuzjazm narodowego wstawania z kolan, czas dominacji nad podbijanymi nacjami, wreszcie upokorzenie beznadziejnej klęski. Na farmie tymczasem niewiele się zmienia. Bliscy przekazują sobie pałeczkę pokoleniowej sztafety z tymi samymi wnioskami wysnutymi na bazie podobnych przeżyć. Te pozostaną niby sprawą indywidualną. Wspólne będą historie ugruntowane w podświadomości ludzkiej. Narodziny, chrzest, zaręczyny, wesela. Wreszcie pogrzeby. Czasami wioską przetoczy się front. Wtedy lepiej opowiedzieć się po właściwej stronie wojujących sił. Reszta pozostaje niezmienna.
"Wpatrując się w słońce" będzie mógł zapewne liczyć na przychylność niejednego z festiwalowych gremiów międzynarodowych. Film Maschy Schilinski spełni większość z kryteriów dobrze widzianych przy wysuwaniu stosownych nominacji. To film pełen plastycznej estetyki, poetyckich niedopowiedzeń, celnych obserwacji obyczajowych. W zbyt długim korowodzie dygresyjnym, jaki skutecznie miesza tu wątki narracyjne, trudno się mimo to dopatrzeć celu tej żmudnie rozwijanej opowieści. Ta okoliczność chyba nie będzie obciążająca racji kinowych ekspertów, może być jednak zbyt dojmująca dla zniecierpliwionego widza, niepodzielającego entuzjazmu przerostem wizji nad jej istotą.
"Może utoniemy?" - zastanawiają się rówieśnice pląsające w wodach nieodległego jeziora. W ten sposób można by ubiec to, co nieuchronne. Po chwili okaże się, iż instynkt przeżycia weźmie górę. Dzieci wynurzą się na powierzchnię w poszukiwaniu ozdrowieńczego haustu. Nie tak łatwo odejść z tego świata. Żyć na nim jest jeszcze trudniej.
