To dokładnie ten typ rozrywki, który spełnia swoją funkcję tu i teraz, nie pozostawiając po sobie żadnego rezonansu. 6
Ekipa wyburzeniowa idealnie wpisuje się w kategorię współczesnych produkcji akcji projektowanych pod streaming, czyli filmów, które mają działać natychmiast, bez potrzeby głębszego zaangażowania, i równie szybko ulatniać się z pamięci. Ángel Manuel Soto rezygnuje z prób nadawania całości autorskiego rysu i świadomie zanurza się w konwencji buddy-cop B-movie. To kino, które nie udaje, że jest czymś więcej. Problem polega na tym, że często nawet w ramach własnych ambicji nie potrafi dowieźć spójnej całości.
Reżysersko film pozostaje poprawny, momentami wręcz solidny. Soto ma wyczucie tempa i potrafi prowadzić sceny akcji w sposób czytelny, bez chaosu montażowego, który trapi wiele współczesnych produkcji tego typu. Najlepiej wypadają sekwencje walk wręcz, brutalniejsze, bardziej "mięsne", chwilami zaskakująco intensywne jak na streamingową produkcję. Pojedyncze sekwencje akcji, pokazują jednak, że film mógłby być bardziej wyrazisty, gdyby konsekwentniej trzymał się jednego tonu. Niestety, ta konsekwencja regularnie się rozmywa.
Największym problemem Ekipy wyburzeniowej jest scenariusz Jonathana Troppera. Konstrukcja oparta na skontrastowanych osobowościach bohaterów działa tylko na poziomie pierwszego wrażenia. Relacja półbraci rozwija się według doskonale znanego schematu i nie oferuje ani zaskoczeń, ani realnej emocjonalnej stawki. Dialogi balansują między sprawnym, niskobudżetowym humorem a żartami, które wydają się doklejone na siłę, często w momentach, gdy film powinien pozwolić scenom akcji wybrzmieć na poważnie. W efekcie ton bywa chwiejny - brutalna przemoc sąsiaduje z komediową przesadą, a film sam podcina napięcie, które próbuje wcześniej zbudować.
Wątek fabularny i antagonista pełnią tu funkcję czysto użytkową. Spiskowa intryga jest przewidywalna, rozwijana bez większego napięcia i wyraźnie niedopracowana, jakby scenariuszowi bardziej zależało na dotarciu do kolejnej sceny akcji niż na logicznym eskalowaniu konfliktu. To kino, które nie oczekuje od widza uwagi i w gruncie rzeczy nawet jej nie nagradza.
Siłą filmu pozostaje duet Jasona Momoy i Dave’a Bautisty. Momoa gra na autopilocie, ale jest to autopilot charyzmatyczny - luz, fizyczność i komediowe wyczucie sprawiają, że jego obecność nadaje scenom energii. Bautista funkcjonuje jako bardziej stonowany kontrapunkt, choć scenariusz nie daje mu przestrzeni na wyjście poza rolę poważniejszego z dwóch. Chemia między aktorami działa wystarczająco dobrze, aby utrzymać film na powierzchni, choć trudno mówić o relacji, która zapadłaby w pamięć. Drugoplanowe role, z Moreną Baccarin na czele, dodają kolorytu, ale również one cierpią na brak wyraźnego pomysłu na postacie.
Ekipa wyburzeniowa najlepiej ogląda się jako kino użytkowe, czyli solidna propozycja na wieczór, film do przerw na sprawdzanie telefonu, produkcję, która nie irytuje, ale też nie angażuje. To dokładnie ten typ rozrywki, który spełnia swoją funkcję tu i teraz, nie pozostawiając po sobie żadnego rezonansu.