Właściciel sklepu z komiksami Stuart Bloom musi ocalić rzeczywistość po przypadkowym wywołaniu armagedonu multiwersum.
Gracjan Mikitin krytyk
5 FDB

Ciekawy pomysł na wieloświat i sympatyczny Stuart nie wystarczają, gdy scenariusz jest nierówny, postaci płaskie, a serial zbyt mocno polega na nostalgicznych cameo.

"Teoria wielkiego podrywu" była serialem, który potrafił z drugoplanowej postaci zrobić pełnoprawnego bohatera. Problem zaczyna się wtedy, gdy okazuje się, że sam fakt, iż widz tę postać pamięta, nie oznacza jeszcze, że ma ona wystarczająco dużo do powiedzenia. "Stuart nie ratuje wszechświata" próbuje wykorzystać nostalgię po sitcomowym fenomenie, dorzucając do niej wieloświat, alternatywne rzeczywistości i sporą kolekcję znajomych twarzy. Pomysł jest zaskakująco dobry, ale wykonanie już niekoniecznie.

Punktem wyjścia jest Stuart Bloom, w którego ponownie wciela się Kevin Sussman. Bohater wraz z Denise i grupą znajomych zostaje uwikłany w historię związaną z niebezpiecznym urządzeniem i alternatywnymi rzeczywistościami. Wieloświat pozwala twórcom niemal bez ograniczeń przeskakiwać między kolejnymi wariantami rzeczywistości, a jednocześnie nie wymaga od nich budowania klasycznej, rozciągniętej na wiele odcinków fabuły. Każdy epizod może być osobną przygodą, a reguły danego świata można dopasować do aktualnego żartu. To rozwiązanie daje scenarzystom sporą swobodę. I właśnie dlatego szkoda, że tak często wykorzystują ją do rzeczy banalnych.

Największą słabością serialu jest bowiem scenariusz. Nie chodzi nawet o to, że żarty są nietrafione. Część z nich działa, kilka potrafi rozbawić, a komediowy potencjał alternatywnych światów jest oczywisty. Problem polega na tym, że "Stuart nie ratuje wszechświata" zbyt często zachowuje się tak, jakby samo wypowiedzenie dowcipnej kwestii było już dowcipem. Dialogi bywają generyczne, postaci pozostają płaskie, a ich charakterystyka często sprowadza się do jednej cechy lub kilku rozpoznawalnych zachowań. W "Teorii wielkiego podrywu" tego rodzaju uproszczenia mogły działać, ponieważ bohaterowie byli elementem większej, przez lata rozwijanej układanki. Tutaj zostają pozostawieni sami sobie.

Najbardziej widać to właśnie w przypadku Stuarta i Denise. Kevin Sussman ma naturalną komediową energię i bez większego wysiłku przypomina, dlaczego Stuart był lubianym elementem oryginalnego serialu. Tyle że sympatia do aktora nie może zastąpić dobrze napisanej postaci. Bohaterowie dostają zdecydowanie za mało materiału, aby wyjść poza rolę nośników dowcipów. To szczególnie frustrujące, ponieważ spin-off mógł być okazją do zrobienia czegoś odwrotnego, czyli wzięcia postaci, które w "Teorii wielkiego podrywu" funkcjonowały na dalszym planie, i potraktowania ich wreszcie jak pełnoprawnych bohaterów.

W rezultacie najbardziej interesujące momenty pojawiają się wtedy, gdy serial przywołuje przeszłość. Cameo któregoś z bohaterów "Teorii wielkiego podrywu" potrafi nagle ożywić scenę, nawet jeśli sam występ nie wnosi wiele do fabuły. Rozpoznawalność tych postaci natychmiast dostarcza energii, której brakuje części nowych scen. To jednak również największa pułapka całej produkcji. Jeśli najlepszym argumentem za kolejnym odcinkiem jest pytanie "kto tym razem się pojawi?", trudno mówić o serialu, który znalazł własną tożsamość.

Na początku może to być sympatyczny bonus. W dalszej perspektywie stanie się problemem. Uniwersum ma przecież ograniczoną liczbę postaci, które można bez końca wyciągać z kapelusza. Nawet najbardziej nostalgiczny widz w końcu zacznie oczekiwać czegoś więcej niż kolejnej znajomej twarzy. Zwłaszcza że wieloświat daje twórcom niemal absurdalnie duże możliwości. Można zmieniać zasady rzeczywistości, charakter bohaterów, relacje między nimi, a nawet konsekwencje ich decyzji. Tymczasem serial chwilami sprawia wrażenie, jakby dostał klucze do nieograniczonego placu zabaw, po czym postanowił bawić się jednym zestawem klocków.

Sama koncepcja alternatywnych rzeczywistości pozostaje jednak jednym z mocniejszych elementów produkcji. Pozwala zachować lekkość i uniknąć sytuacji, w której każdy odcinek musi koniecznie przesuwać wielką fabularną machinę do przodu. To także interesujący sposób na zabawę dziedzictwem "Teorii wielkiego podrywu" bez konieczności kurczowego trzymania się jej status quo.

Nie oznacza to jednak, że serial jest kompletną porażką. Jego największym atutem pozostaje właśnie absurdalny potencjał wyjściowego pomysłu oraz sympatyczna obsada. Są tu momenty wizualnego humoru, które pokazują, że większy budżet i swobodniejszy format mogą zaoferować coś więcej niż klasyczny sitcom. Problem w tym, że za tymi przebłyskami nie zawsze idzie równie pomysłowe pisanie.

"Stuart nie ratuje wszechświata" jest więc produkcją, której łatwiej kibicować, niż naprawdę się nią zachwycić. Ma ciekawy koncept, znanych bohaterów i wystarczająco dużo miejsca na twórcze eksperymenty, ale na razie zbyt często wybiera najprostsze rozwiązania. Fani "Teorii wielkiego podrywu" prawdopodobnie znajdą tu kilka powodów, aby zostać na dłużej, szczególnie jeśli kolejne odcinki będą nadal otwierać drzwi do znanego uniwersum. Widzowie oczekujący samodzielnej, dobrze napisanej komedii mogą natomiast szybko zacząć zerkać na zegarek. Największy paradoks polega na tym, że serial nie potrzebuje kolejnych światów. Potrzebuje lepszego świata, tego, który powinien istnieć w głowach jego bohaterów. Bo nawet w wieloświecie dobry żart nie powinien być kwestią przypadku.

1 z 2 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie

Komentarze do filmu

0
Skomentuj jako pierwszy.
Nawigacja

Ogólne

Czy wiesz, że?

  • Ciekawostki
  • Wpadki
  • Pressbooki
  • Powiązane
  • Ścieżka dźwiękowa

Fabuła

Multimedia

Pozostałe

Zarządzanie