Po prostu piękny - chłońcie obrazy sportretowane przez Adolpho Veloso, słuchajcie genialnej muzyki Bryce'a Dessnera i zachwycajcie się przepiękną piosenką Nicka Cave'a. 8
Sny o pociągach to kino, które nie tyle oglądasz, co powoli wchłaniasz. Jakby ktoś otworzył drzwi do czyjegoś życia i kazał ci siedzieć cicho, patrzeć i słuchać, nawet kiedy cisza staje się niewygodna. Clint Bentley kręci film o człowieku, który równie dobrze mógłby istnieć naprawdę, albo który już istnieje w pamięci każdego z nas. Robert Grainier, grany przez Joela Edgertona, jest tu nie bohaterem, lecz świadkiem własnego istnienia. A to, paradoksalnie, czyni jego historię boleśnie ludzką.
To kino, które świadomie rezygnuje z konstrukcji konfliktu. Nie ma tu wroga, którego trzeba pokonać, ani katharsis budowanego na dziesięciu zwrotach akcji. Jest za to życie: rozproszone, kruche, czasem nijakie, a czasem przejmująco piękne. Dokładnie takie, jak w prozie Denisa Johnsona, z której film wyrasta, choć Clint Bentley i Greg Kwedar przenoszą tę subtelność na ekran z własnym rytmem i wrażliwością.
Joel Edgerton dostaje tu rolę życia i nie przesadzam. Ten facet potrafi jednym spojrzeniem opowiedzieć więcej niż większość aktorów trzema stronami dialogu. Grainier jest człowiekiem zamkniętym, pozornie prostym, ale emocjonalnie popękanym. Edgerton gra go z taką ciszą, że aż człowiek czuje niepokój, bo przecież w tej ciszy są całe dziesięciolecia bólu, zawiedzionych nadziei i zwykłej, ludzkiej tęsknoty za tym, co przepadło bezpowrotnie. To występ pozbawiony pretensjonalnych fajerwerków, to występ godny Oscara i mam nadzieję, że skończy się minimum na nominacji.
Film rozwija się powoli, ale to nie słabość, to idealna metoda do opowiedzenia tej historii. Film Sny o pociągach jest o przemijaniu, więc sam staje się jak czas - leniwy, nieubłagany, złożony z detali, które dopiero po latach składają się w sens. Bentley pokazuje Amerykę sprzed wieku tak, jakby była snem, który trudno w pełni odtworzyć. Las, rzeka, ogień, pociąg, tu każdy element krajobrazu oddycha rytmem bohatera, a jednocześnie z brutalną obojętnością przypomina mu, że natura nigdy nie czeka. Jest piękna, ale bezlitosna. I to właśnie ta dwoistość czyni film tak sugestywnym. Zdjęcia są surowe i czyste. Kiedy kamera stoi nieruchomo, a przestrzeń pracuje sama, czujesz, że każde ujęcie mogłoby wisieć w muzeum, ale jednocześnie nie ma tu ani odrobiny wizualnego popisu. Zero estetycznego narcyzmu. Tylko obserwacja przecudownej natury.
Pomysł, aby w filmie tak ascetycznym dorzucić narrację, brzmi jak ryzyko. A jednak głos Willa Pattona okazuje się sercem całej opowieści. Nie dominuje, lecz prowadzi, jak pogłos dawnego życia, jak wspomnienie, które z czasem nabiera znaczenia. Patton nie komentuje bohatera, nie tłumaczy go widzowi. On raczej przypomina, że każde życie to zbiór wspomnień, których nikt inny nie zrozumie w pełni. Jednym z najtrafniejszych motywów filmu jest kolej, która jest symbolem postępu. Przetacza się przez lasy, ludzi i epoki, nie zważając na to, kogo zgniata po drodze. Robert buduje tory, które w pewnym sensie odcinają go od tego, co traci. Bentley nie robi z tego tezy. Nie kryczy, że to jakaś metafora. On pozwala, byśmy sami to poczuli. I czujemy. Świat przyspiesza, ale bohater jego filmu niekoniecznie. I właśnie w tym zderzeniu rodzi się najgłębsza melancholia filmu.
Najbardziej poruszające jest to, że Sny o pociągach nie próbują robić tragedii z tragedii. Nie żąda od widza łez. Po prostu pokazuje życie, w którym ogień zabiera dom, los zabiera rodzinę, a czas zabiera resztę. Robert nie krzyczy, nie buntuje się. On trwa. A w jego trwaniu jest coś przerażająco prawdziwego, zwłaszcza w świecie, w którym emocje zwykle sprzedaje się głośno, byle skutecznie. To film o tym, że ludzie często nie dostają odpowiedzi. Że żałoba nie kończy się momentem przełomu, że człowiek po prostu niesie swoją pustkę dalej, aż w pewnym momencie przestaje z nią walczyć.
Kulminacja Snów o pociągach jest jedną z najpiękniejszych scen roku. Nie dlatego, że jest spektakularna. Przeciwnie, ona jest cicha, jakby zawieszona poza światem, jakby Bentley sam na chwilę wyłączył grawitację. To moment, w którym bohater wreszcie znajduje spokój, nie dlatego, że coś zrozumiał, ale dlatego, że przestał pytać. To kino, które zostawia człowieka z myślą, że sens życia nie musi być wykrzyczany. Czasem jest tylko mgnieniem i to wystarcza.
Sny o pociągach to film, który nie będzie dla wszystkich. Za wolny, za cichy, nic się w nim nie dzieje. Ale jeśli wejdziesz w jego rytm, w to powolne oddychanie natury, czasu i samotności, znajdziesz coś rzadkiego - historie opowiedzianą z pełną świadomością formy, bez fałszu, bez kokieterii, bez wymuszonych metafor. To jedno z tych dzieł, które nie krzyczą swoim znaczeniem. Po prostu trwa i daje trwać bohaterowi. A przy okazji, Tobie. Edgerton jest znakomity. Bentley dojrzewa do miana twórcy, który jeszcze namiesza. A sam film? Jedna z najczystszych filmowych medytacji o życiu, jakie powstały w ostatnich latach. Po prostu piękny - chłońcie obrazy sportretowane przez Adolpho Veloso, słuchajcie genialnej muzyki Bryce'a Dessnera i zachwycajcie się przepiękną piosenką Nicka Cave'a.
Wspaniały, prawdziwy.