Rekomendowany między innymi jako utwór komediowy laureat festiwali próżno poszukuje na sali kinowej choćby skromnego chichotu, jakim zaniosłaby się widownia 4
„Zapisałeś się do psychiatry?” - dopytuje Jana. Benek ostatnio zmaga się z nie do końca wytłumaczalnymi przypadłościami osobistymi. Przygnębienie i apatia dominują najmłodszego z czwórki rodzeństwa. Siostra nie bez przyczyny drąży temat, jaki Benek stara się zlekceważyć. „To Dusiołek” – zgodnie dochodzą do wspólnej diagnozy rozmówcy. Niesprecyzowany osobnik pozaludzkiego pochodzenia miałby zmącić spokój ducha Benka, zakłócić funkcjonowanie jego organizmu, ciemiężyć swoją dominującą asystą. Problem niezmaterializowanego demona nie jest jedynym, jaki występuje w relacjach rodzeństwa. Starszy brat Franek wdał się w proceder narkotykowej dilerki. Nastka, Benek i Jana usiłują odciągnąć brata od społecznego marginesu. Dotąd łączyły bliskich solidarne więzi rodzinne oraz wspólne mieszkanie na Dobrej. Mimo dobrych intencji całej czwórki jednakowy adres zameldowania pozostanie niebawem miejscem zapalnym, skąd niektórzy muszą się wynieść, by pozostali poczuli chwilową ulgę. Wizyta u psychiatry niewiele wniosła do poprawy samopoczucia Benka. Lekarz tej specjalności z przyczyn naturalnych będzie kimś obcym, niewprowadzonym w koneksje rodzinne i traumy pacjenta. Roli Dusiołka w tej ponurej historii w ogóle nie da się okiełznać.
„A mnie byś poczęstował?” – docieka zbulwersowana Nastka. Dziewczyna była właśnie świadkiem, jak jej partner odmówił prośbie ubogo wyglądającego przechodnia. Ten zwrócił się do młodzieńca o poczęstowanie papierosem. Towarzysz spaceru Nastki kategorycznie odmawia, racjonalnie argumentując swoją decyzję. „Nie chcę pomagać bezdomnemu w byciu bezdomnym” – uzasadnia dotąd bliski sercu Nastki jej przyjaciel. Dziewczyna ma przecież dom. Ale rodzina tam skupiona podlega od jakiegoś czasu procesowi coraz raptowniej pogłębiającej się dezintegracji emocjonalnej. Czy symboliczny papieros odmówiony menelowi może być wskazówką, iż wkrótce wszyscy staniemy się „bezdomnymi”? „Pierwszy raz zapytałeś mnie o moje życie” – podkreśli zaskoczona Jana. Jej brat dotąd domagał się zainteresowania wyłącznie swoimi sprawami. Nie radząc sobie z własną indolencją, abstrahował od problemów osób najbliższych. A one też zapewne miewają trosk w nadmiarze. Wykazanie choćby kurtuazyjnego zainteresowania nie kosztuje przecież zbyt wiele.
Rzęsista ulewa nagród, jakie wpadły do rąk twórców Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej, nakazuje szczególną ostrożność w ocenie tego obrazu. Wszak podobnej rekompensaty ze strony środowiska hojnie dziś rozdającego splendory nie doczekały się uprzednio niedostrzeżone przez jurorów, zaś wyróżnione frekwencyjnie tytuły. Film Emi Buchwald pozostawił w tyle stawkę wcale niezłych produkcji, które próżno wyczekiwały festiwalowych laudacji. Jakie zatem walory filmu Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej wyniosły tę produkcję na piedestał znaczony szlakiem czerwonego dywanu? Zakłopotany widz może tylko rozłożyć ręce w geście bezradności i wydąć wargi grymasem konsternacji. Uzasadnienie werdyktów windujących film Emi Buchwald ponad rzeczywisty stan jego aktywów niósł zapewne jakiś pierwiastek dyplomatycznie brzmiących argumentów. Rekomendowany między innymi jako utwór komediowy laureat festiwali próżno poszukuje na sali kinowej choćby skromnego chichotu, jakim zaniosłaby się widownia. Zapewne swoje walory produkcja Emi Buchwald ukryła w innych, głęboko jednak nieczytelnych atutach.