Warto docenić za zdjęcia, klimat i próbę zmierzenia się z trudnym tematem. Reszta - podobnie jak śledztwo w tej sprawie - ugrzęzła w chaosie i niedopowiedzeniach. 5
W teorii zapowiadało się jak marzenie każdego fana true crime, bowiem Stefano Sollima, czyli facet od Suburry i Sicario 2: Soldado) wziął się za tajemniczą serię brutalnych morderstw, które rozgrywały się na włoskiej ziemii w latach 70. i 80. Niestety finalnie owy miniserial okazał się być tylko i wyłącznie wielką obietnicą czegoś dobrego, ponieważ Sollimie wyszło coś pomiędzy Zodiakiem Davida Finchera a telenowelą o zazdrosnych mężach z Toskanii.
Serial opowiada o jednym z najbardziej przerażających śledztw w historii Włoch, czyli sprawie tytułowego Potwora z Florencji. Osiem podwójnych morderstw, siedemnaście lat strachu, jedna beretta kaliber .22 i zero pewności, kto naprawdę pociągał za spust. Sollima postanowił skupić się na tak zwanym "pista sarda", czyli wątku sardyńskim, skupiającym się na grupie mężczyzn, którzy równie dobrze mogli być potworami, jak i ofiarami własnej głupoty oraz patriarchalnych zapędów.
Co prawda serial wygląda naprawdę świetnie - zdjęcia, gra światłem, faktura obrazu, czy nawet sposób, w jaki kamera ślizga się po krajobrazach Toskanii, robią ogromne wrażenie, tak sama sama historia jest jak labirynt bez wyjścia. Ciągłe przeskoki w czasie między 1960 a 1988 rokiem sprawiają, że szybko można zgubić orientację i wypaść z torów opowiadanej historii. Postacie się starzeją, potem młodnieją, potem znów starzeją, a ty siedzisz i zastanawiasz się, czy to jeszcze ten sam facet, czy już jego brat, kuzyn, albo ktoś zupełnie inny z tą samą brodą i akcentem. Jest to naprawdę dziwnie, tym bardziej, że za sterami mamy doświadczonego filmowca jakim jest Stefano Sollima i tego typu chaos na ekranie po prostu nieprzystoi artyście tego formatu.
Aktorstwo to temat równie drażliwy, co sama sprawa poruszana przez Sollimę. Już abstrahując od ekranowej chemii, której nie uświadczymy, to indywidualne występy pozostawiają wiele do życzenia. Barbara Locci, którą portretuje Francesca Olia, miała być femme fatale tej historii, ale przypomina raczej postać z dziwnego snu, w którym erotyzm miesza się z chorobą duszy. Jej relacja z mężem, Stefano Mele (gra go Marco Bullitta), balansuje między groteską a dramatem, ale niestety bez żadnej emocjonalnej głębi.
Sollima, znany z mocnych, męskich narracji, tym razem chyba sam zaplątał się w to, co chciał powiedzieć. Zamiast wciągającego thrillera o seryjnym mordercy, dostajemy historię o przemocy domowej, mizoginii i społecznym zepsuciu, co samo w sobie nie jest złe, ale opowiedziane jest tak rozwlekle, że ciężko znaleźć sposób, który byłby w stanie przebić nudę na ekranie. Oczywiście są momenty, w których czuć potencjał, ponieważ muzyka buduje klimat, a niektóre sceny mają niemal dokumentalną autentyczność. Ale zaraz potem tempo siada, a dialogi rozciągają się jak włoski makaron. Szkoda tylko że jest on pozbawiony smaku.
Potwor z Florencji to świetnie wyglądająca, ale źle opowiedziana historia. Owszem, warto obejrzeć dla klimatu i muzyki, ale jeśli liczysz na wciągającą narrację o jednym z najbardziej mrocznych przypadków kryminalnych XX wieku, to przygotuj się raczej na frustrację niż fascynację. Co gorsza, ten serial kończy się tam, gdzie powinien zacząć. No chyba, że Netflix szykuje dla nas drugi sezon.