„Wśród fal i na wojnie” dotknie samego jądra problemu kryjącego się za sloganami o odwadze, honorze, solidarności chłopców z desantu 9
„Przed 11 września niewiele się działo” - opowiada członek elitarnej jednostki komandosów amerykańskich. Wspomnienia dotyczą jego kariery w tych oddziałach. SEALs zostało powołane przez prezydenta Kennedy’ego czterdzieści lat przed atakami na wieże WTC i Pentagon. Obecna perspektywa żołnierza takiej formacji jest krótka, choć nagromadzenie wydarzeń w jego życiu aż roi się aż od wspomnień. Zazwyczaj komandosi wyczerpują swoje siły witalne, a zwłaszcza emocjonalnie, dużo szybciej niż pracownicy innych zawodów. „Gdy patrzę w lustro, widzę skorupę udającą człowieka” – wspomina weteran eskapad do Afganistanu oraz Iraku. Na te wyprawy posiadacz karabinu wybierał się jako młody i zapalczywy zabijaka, gotów swoje atuty wykazać na polu walki. Powrócił po kilkunastu latach jako strzęp człowieka, który dusi się w domowym stadle i grono rodzinne terroryzuje własnymi frustracjami. W aktywnym życiu rezerwisty niewiele się dzieje. W zakamarkach duszy byłego „misjonarza” aż kipi od emocji.
„Przyszli mężczyźni w granatowych mundurach. Wiedziałem, co to znaczy” – wspomina weteran SEALSu. Po młodzieńczych fantazjach o zdominowaniu całego świata nie zostało wiele. Przybity losem „wypluty” przez armię eksmarines zmaga się z traumami jatki wojennej oraz (paradoksalnie) tęsknotą za nią. Widok mężczyzn w granatowych mundurach zwiastował komunikat o śmierci towarzyszy niedoli, jacy mieli nieszczęście polec. „Wielu służących w kontyngentach w ogóle nie chciało wracać do normalności” – tłumaczy fenomen tej służby jej wieloletni oficer z bogatym bagażem doświadczeń. Akcja bezpośrednia dostarcza młodym zapalczywcom niezrównanych doznań. Tych nie zrekompensuje komandosom pozbawionym chwilowego przydziału zacisze domowej sielanki. „Nigdy mnie nie uderzył, czasem jednak przybierał taką minę, że trzeba było spierdalać” – wyzna syn byłego komandosa. Ten po powrocie z misji topił żale w alkoholu, ból uśmierzał lekarstwami, leczył się, przechodził kolejne terapie. Nie był jednak dla rodziny gwarancją stabilności, ani nadzieją na pomyślną przyszłość. Szansa, że do drzwi zapukają mężczyźni w granatowych mundurach zawsze była jednak obecna.
Wśród fal i na wojnie sprawia wrażenie brakującego ogniwa w ciągu filmów o żołnierskim losie. Te wymyślone lub spisane przez scenarzystów pozostających realnie z dala od frontu nijak się mają do rzeczywistości czegoś eufemistycznie nazwanego teatrem działań. Dokument niniejszy odpowiada na pytania, co życie oferuje żądnym wrażeń „pistoletom”, gdy ci już wyczerpią swoją bojową energię i zostaną zluzowani przez nowy, bardziej naiwny kontyngent kolejnych narwańców. Ukazany proces dochodzenia po latach do stanu względnej normalności mentalnej rozpisany został tu na wiele głosów i obrazów. Twórcy tego dokumentu nie uciekają się tylko do formatu „gadających głów”, choć te w filmie dominują. Często obraz przywołujący kadr archiwalny zderzony z tym obecnym więcej powie niż słowa ten stan usiłujące opisać. Wśród fal i na wojnie dotknie samego jądra problemu kryjącego się za sloganami o odwadze, honorze, solidarności chłopców z desantu. Za tym obrazem podąża gorzka konstatacja, którą film niniejszy ubrał w ponury, lecz niekoniecznie galowy mundur.
Oficer szkolący żołnierzy SEALs-u przytacza zatrważający bilans statystyczny. Po zakończeniu służby liczba samobójstw wśród byłych żołnierzy sił specjalnych czterokrotnie przekracza sumę zgonów, które miały miejsce w prawdziwych potyczkach z wrogiem. Weterani z własnego wyboru osierocają dzieci, rodziny, żony. Wyświechtany slogan „za mundurem panny sznurem” zbyt upiorne oraz dosłowne przywoła tu skojarzenie.
