Tomasz Misiewicz krytyk
Film nawet nie próbuje wyjaśnić fenomenu teatru "Laboratorium" oraz jego pionierskich osiągnięć realizowanych wszak nieprzesadnymi nakładami w warunkach realnego socjalizmu
Ewa Benesz przybyła do Włoch czterdzieści trzy lata temu. W Polsce dogorywał właśnie stan wojenny, ale eksperymentalny teatr "Laboratorium", jak wiele innych wówczas krnąbrnych organizmów kulturalnych, przestał funkcjonować. Ewa skorzystała z gościnności Włochów i w ich kraju na wiele lat zapuściła korzenie. Tu prowadziła warsztaty teatralne, czerpiąc inspirację do edukacji młodszych pokoleń z własnych doświadczeń zdobytych u boku Jerzego Grotowskiego, twórcy "Laboratorium", czy Petera Brooka innego reżysera z kręgu światowej awangardy. "Aktor nie gra twarzą." - upiera się przy oswojonej przez lata dewizie Ewa Benesz. W przestrzeni artystycznej ważne są wszystkie elementy ludzkiej ekspresji. Tekst zaś stanowi "zbędną podpórkę" według przywołanej w filmie definicji Jerzego Grotowskiego. Legenda dawnej członkini zespołu "Laboratorium" poniosła się na półwysep Apeniński, gdzie Ewa Benesz wkrótce osiadła. Teraz, po czterech dekadach nauczania, aktorka wybiera się w podróż powrotną z ziemi włoskiej do Polski. Wiek późno emerytalny przywiedzie kobietę do rodzimego Lublina. Ewa pakuje więc na Sardynii bliskie sobie przedmioty, jakie powędrują wraz z nią do kraju.
"Traktowałeś nas jak wiedźmy." - wspomina Ewa Benesz. Włoski gospodarz przyjmujący przed laty pod własny dach aktorkę z nieznanego sobie świata nie umie kategorycznie zaprzeczyć. Tajemnicza imigrantka wzorem wielu rodaków znalazła w Italii azyl osobisty oraz szansę kontynuacji zawodowych wyzwań. "Nie interesowały mnie relacje damsko męskie." - zdradzi Ewa Benesz. Aktorka oddała się wyłącznie swojej pasji, jaką stał się teatr eksperymentalny. "Mickiewicz był dla mnie ćwiczeniem na pamięć." - zaskakująco wyzna aktorka, która jeszcze w Polsce z powodzeniem publicznie deklamowała obszerne wersy "Pana Tadeusza". Osobliwe potraktowanie narodowej ikony oraz jej firmowego poematu może wywołać grymas zdumienia na twarzach patriotycznie zorientowanych komentatorów. Na przekór nim Benesz ustawia się w kolejce do polskiej ambasady w Rzymie, by w roku 2023 dać wyraz swojemu stosunkowi do ówczesnej władzy. Nie do takiego kraju ma Ewa zamiar powrócić, pamiętając, skąd do Włoch przybyła. Wedle wyniesionych z lekcji Grotowskiego założeń, iż aktor nie gra twarzą, to na wszelki wypadek dobrze byłoby ją zachować.
"Ewa: Ostatnia lekcja" to dokument włoskich reżyserów urzeczonych historią polskiej imigrantki, która zza żelaznej kurtyny przywiozła do kraju liberalnej demokracji legendę teatralną uprawianą na polach tu niemal nieznanych. Andrea Mura i Federico Savonitto postanowili ukazać schyłkowy, ale przy tym przełomowy, epizod życia nietuzinkowej osobowości scenicznej. Efekt mitręgi młodego duetu reżyserskiego nie powala jednak na kolana. Film nawet nie próbuje wyjaśnić fenomenu teatru "Laboratorium" oraz jego pionierskich osiągnięć realizowanych wszak nieprzesadnymi nakładami w warunkach realnego socjalizmu. "Parateatr" według wizji Grotowskiego, kreowany siłami między innymi Ewy Benesz, zyskał rezonans zgoła światowy. Z filmu Andrei Mury i Federico Savonitto tego się nie dowiemy. Tandem reżyserski skupi się raczej na kwestiach wtórnych. Uznana artystka zamyka swoje sprawy, opróżnia szuflady, żegna się z życzliwym jej przez czterdzieści lat miejscem. Ta niedokończona lekcja domagałaby się solidnych korepetycji fakultatywnych.