Recenzje

Obrzydliwy i bezwartościowy film, przedstawiający nieudolnie pozlepiane scenki z życia czy też raczej wegetacji francuskiego i arabskiego dresiarstwa w blokerskich slumsach. 2
  • 2018-09-18
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Zabawy zwierząt i parada atrakcji we francuskich slumsach

Film Le thé au harem d'Archimède Mehdi Charefa jest jednym z pierwszych przedstawicieli tzw. "kina beur", a więc kina tworzonego przez arabskich imigrantów we Francji. Samo słowo "beur" jest potocznym określeniem Araba. Nie jest to formalnie pierwszy obraz w tej stylistyce, jest jednak pierwszym, który uzyskał uznanie zarówno publiczności jak i krytyki. Z dzisiejszej perspektywy jest to trudne do pojęcia i może to chyba wyjaśnić tylko postkolonialna trauma francuskiego społeczeństwa związana z poczuciem winy za "grzech kolonializmu" - lub może zachwyt odmiennością tematyki?

A dlaczego trudno ówczesny zachwyt wyjaśnić? Gdyż jest to obrzydliwy i bezwartościowy film. Przedstawia nieudolnie pozlepiane scenki z życia czy też raczej wegetacji francuskiego i arabskiego dresiarstwa w blokerskich slumsach. Pozbawione właściwie fabuły slajdy ilustrują totalną patologię. Nasi „zbuntowani” bohaterowie piją alkohol, palą, kradną, biją, uprawiają seks z prostytutkami, pijaczkami spod bloku oraz żonami sąsiadów, zajmują się stręczycielstwem i zwykłym bezinteresownym wandalizmem. Co gorsza, przedstawione jest to, jakbyśmy oglądali zwykły film obyczajowy o życiu francuskich nastolatków, buntujących się przeciwko autorytetom, bo "matka ciągle krzyczy". Nie mówię, że każdy film musi nieść prostacki morał i być umoralniającą rozprawką - jestem jak najdalszy od tego. Ale sposób w jaki ukazane są perypetie bohaterów w tym filmie wywołuje obrzydzenie i zażenowanie. Można pokazywać przygody degeneratów, ale to musi mieć jakiś cel, do czegoś prowadzić - dobry przykład mamy w genialnej i również francuskiej Nienawiści, która gdyby nie to, że nakręcona przez Francuza, byłaby sztandarową przedstawicielką kina beur. Na marginesie - widziałem w sieci porównania tego filmu z Nienawiścią właśnie. Nie mieści mi się w głowie, jak można zestawiać ze sobą te dwa filmy pod względem jakości (no chyba, że właśnie na zasadzie przeciwieństwa), bo dzieli je przepaść. To jakby pisać, że obraz Gracjana Roztockiego (proszę sprawdzić w wyszukiwarce, jeśli nie wiecie o kim mowa) jest porównywalny z obrazem van Gogha, dlatego że na obu są słoneczniki.

Jednak gwoździem do trumny tego obrazu jest żałosne usprawiedliwianie patologii rzekomym odrzuceniem tych ludzkich śmieci przez burżuazyjne społeczeństwo. Co jest nam ukazane w jednej - tak, jednej - prostackiej scenie w urzędzie pracy. Scenie na poziomie socrealistycznego produkcyjniaka. Arabowi odmawia się zatrudnienia z powodu wymyślonej wady wzroku, po czym przyjmuje się z otwartymi ramionami Francuza z denkami od butelek na oczach. Ach, jakie to subtelne... Już nawet nie wspominając o tym, że tuż przedtem rzeczony Arab daje do zrozumienia, że nie ma zamiaru przyjąć francuskiego obywatelstwa, gdy urzędnik sugeruje, że ułatwiłoby mu to znalezienie pracy. A więc jest typowo - integracja nie, ale rączka po kasę i owszem, bo mi się należy, a jak nie, to będę was okradał i palił wam samochody.

Wszystkie te sceny są oderwane od siebie, nie łącząc się w żadną sensowną opowieść, jakbyśmy oglądali ilustrowaną wersję kodeksu wykroczeń. Może wynika to z tego, że film jest nieudolną ekranizacją powieści (bo to jest ekranizacja), ale to niczego nie usprawiedliwia. Każdą książkę da się dobrze sfilmować, jeśli tylko ma się talent.

I jeszcze jedno, bo powoli zaczyna mnie to intrygować - chodzi mianowicie o francuską fascynację patologią i tejże patologii usprawiedliwianie lub przynajmniej traktowanie jej jako czegoś normalnego. Wymienię tu tylko jeden film - zresztą jeden z najobrzydliwszych filmów, jakie widziałem w życiu - bo Le thé au harem d'Archimède jest niemalże jego remakiem. Mowa o Les valseuses. Najwyraźniej z tym narodem było coś poważnie nie ten tego już co najmniej od dziesięcioleci. Les valseuses nie jest również filmem o imigrantach, tylko o rodzimych degeneratach, nie jest to więc kwestia patologii przynależnej do kina beur. Został też nakręcony 11 lat wcześniej.

A, prawie bym zapomniał. Polski tytuł. Człowiekowi, który go wymyślił, powinno się wytatuować na czole "Nie umiem tłumaczyć tytułów". "Le thé au harem d'Archimède" to gra słów, co jest zresztą dobitnie wyjaśnione w filmie i na polski powinno zostać przełożone jako np. "Zatwardzenie Archimedesa" lub "Brawo Archimedes". Filmu nie oglądałem na szczęście z polskim tłumaczeniem, ale bardzo jestem ciekawy, czy w tejże scenie tłumacz też każe bohaterom opowiadać o herbacie w haremie...

0 z 1 osoba uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie