Faceci w czerni 7.4

Para supertajnych agentów chroni ziemię przed złymi obcymi.

Recenzje

Faceni do zadań specjalnych. 10
  • 2008-09-14
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

„Faceci w czerni” to bez wątpienia jeden z najlepszych filmów w historii kinematografii łączących w sobie gatunek science-fiction i komedię. Świadczyć może o tym zarówno niespodziewany, olbrzymi wynik kasowy („MIB” zarobił bagatela 84 miliony dolarów w pierwsze pięć dni wyświetlania, stając się najbardziej dochodowym dziełem roku w USA- 249,8 mln $), przychylne opinie krytyków filmowych, jak i fakt, iż produkcja ta przyćmiła swym sukcesem premiery „The Lost World: Jurassic Park”, „Liar, Liar” oraz „Batman & Robin”.

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że filmów o kosmicznych najeźdźcach powstawało już całe mnóstwo, więc „Faceci w czerni” są zwyczajnym powielaniem treści, „odgrzewaniem” sprzedającego się tematu. Weźmy na przykład „Marsjanie atakują!” Tima Burtona - ich premiera miała miejsce rok wcześniej, jest to również humorystyczna opowieść naukowo- fantastyczna, grają tam wielcy aktorzy współczesnego kina- Jack Nicholson, Pierce Brosnan, Danny DeVito, a jednak utwór ten zarobił w Stanach Zjednoczonych jedynie 37,8 milionów dolarów. W tym miejscu trzeba sobie zadać oczywiste pytanie: co wpłynęło na taką popularność produkcji spod skrzydeł Barry’ego Sonnenfelda? Odpowiedzi należy szukać przede wszystkim w fabule, gdyż przeciętnego widza nie zastanawiają szczegóły, skupia się wyłącznie na treści, niosącej ze sobą sporą dawkę rozrywki.

Moim zdaniem kluczem do sukcesu jest to, iż w „MIB” nie ma kosmitów zjawiających się nagle swoim wielkim statkiem, po to by bez żadnych skrupułów dokonać zagłady naszej planety; jest zupełnie inaczej. Obcy są wśród nas, wiodąc na pozór spokojne życie, wcielają się w ludzi. Zwykli zjadacze chleba nie mają o tym pojęcia, a jeśli nawet było im dane spotkać UFO, ich pamięć zostaje wymazana przez agentów kontrolujących istoty pozaziemskie. Większość z nich osiedliła się na terenie Nowego Jorku, co z powodzeniem pozwoliło wtopić im się w tłum osób, wyglądających niekiedy jakby same pochodziły z innej galaktyki. Po seansie zapewne nie jeden z fanów kina zastanawiał się nad tym, czy aby na pewno jesteśmy sami na świecie. Przecież prawdą mogłoby się okazać zjawisko przedstawione w filmie. Być może nasza piękna sąsiadka w rzeczywistości jest brzydkim, oślizgłym stworem. Nikt tego nie udowodni, tajemnica ta jest bowiem ściśle strzeżona, a ujawnienie jej na zawsze zmieniłoby oblicze Ziemi.

Stylizowani na agentów rodem z lat pięćdziesiątych Tommy Lee Jones oraz Will Smith spisali się nadzwyczajnie. Nie wyobrażam sobie nikogo innego, kto zagrał by lepiej agentów J i K niż oni. Początkowo jednak Will był niechętny do przyjęcia roli, ponieważ w 1996 roku podziwialiśmy już jego talent w „Dniu Niepodległości”. Aktor nie chciał występować w dwóch filmach o kosmitach pod rząd. Na szczęście po namowie żony (Jada Pinkett Smith) zmienił zdanie. Tommy, jak mówi sam reżyser, jest autorem realistycznej konwencji filmu. Właśnie dzięki niemu humor w filmie rodzi się naturalnie, nie będąc sztucznym, wciskanym na siłę tworem. Postać Smitha jest zupełnym przeciwieństwem agenta K. Ten pierwszy jest błyskotliwym, pełnym energii i rządnym przygód byłym policjantem, drugi natomiast spokojnym i zdyscyplinowanym facetem, posiadającym duże doświadczenie w misjach spod znaku czarnego garnituru. Kontrast ten, choć nie jest nowatorskim pomysłem (np. para Martin Riggs-Roger Murtaugh w „Lethal Weapon”), w niemalże doskonały sposób zapewnia potencjalnemu odbiorcy masę rozrywki.

Jednym z atutów „Facetów w czerni” są efekty specjalne i charakteryzacja. Za wykreowanie postaci kosmitów odpowiada nie kto inny jak Rick Baker - legendarny zdobywca 6 Oskarów. Wytwory jego fantazji są niesamowite, a każdy z nich dopracowany w najmniejszym detalu. Aby jeszcze bardziej doszlifować owe dzieła, zwrócono się o pomoc do specjalistów z Industrial Light & Magic. Pod dowództwem Erica Breviga i za sprawą jego komputerowych animacji z powodzeniem dodano kosmitom realizmu, wzbogacając ich o prawdziwe emocje i zachowania.

Pozostałe elementy składające się na każdą produkcję także nie zostały zlekceważone przez twórców. Budującą napięcie muzyką zajął się Danny Elfman (stworzył soundtrack min. do „Batmana” Burtona, oraz „Edwarda Nożycorękiego”), scenografią - Bo Welch, który wspaniale dostosował tło do akcji. Bardzo ciekawym pomysłem jest wykreowanie siedziby agencji, tak aby przypominała lotniskowy terminal, przestrzenny i zatłoczony jednocześnie. Pobudza to wyobraźnie, ukazując ogrom przedsięwzięcia, będącego tym samym największą tajemnicą. Budynek stoi w starszej części Manhattanu, jednak nikt nie zadaje sobie pytania co w nim jest, czy jego przeznaczenie jest rzeczywiście takie, jak informuje nas napis na nim widniejącym.

Podsumowując, „Faceci w czerni” to godny polecenia film, pozwalający oderwać się na moment od rzeczywistości, zapomnieć o zmartwieniach i zrelaksować, śmiejąc z wspaniale zrobionych Obcych. Przy okazji widz ma okazję zobaczenia dwóch wspaniałych aktorów, grających głównych bohaterów, którzy i tym razem udowodnili, że zasługują na miano jednych z najlepszych światowych talentów.

6 z 7 osób uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie