X-Men: Pierwsza klasa 7.4

Charles Xavier (James McAvoy) posiada niezwykłą moc telepatii. Zostaje poproszony przez CIA o pomoc w złapaniu innych ludzi obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami, którzy zagrażają bezpieczeństwu narodowemu USA. Młody profesor zaczyna rekrutować innych mutantów, którzy mu pomogą w walce z niebezpiecznymi osobnikami.

Recenzje

X-Men: Ekstraklasa 9
  • 2011-06-04
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Oglądanie ekranizacji komiksów w polskich kinach ma swój specyficzny smaczek. Jest to smaczek zapewne porównywalny z tym jaki amerykański widz odczuwa oglądając skomplikowany albański dramat psychologiczny. Komiksowy film wyświetlany jest w najmniejszej sali w najciemniejszym zakątku multipleksu a zgromadzeni widzowie (jednak nie w ilości większej niż 15 osób) wymieniają między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Wszyscy wiedzą po co tu się zgromadzili, zdają sobie sprawę z dziwaczności odprawianego rytuału i z tego, że są postrzegani jak dzieci przez dorosłych skręcających właśnie na seans Kung Fu Pandy 2... Przy odrobinie szczęścia zobaczysz jak taki nerd jak Ty komiksowy widzu będzie wyglądał za 10 lat lub jaka będzie uroda twojej przyszłej żony. Do czasu aż zgasną światła a po kilku nieobchodzących nikogo reklamach wśród których jest zarówno Harry Potter, lek na potencję i pieprzna komedyjka z Anną Faris (w sumie można by to wszystko połączyć) pojawia się logo Marvela...

Wspominałem już, że miałem jednak nie iść na ten film? Ani zwiastuny ani plakaty przygotowane przez zagrożonych kiblowaniem z informatyki licealistów, ani logo wytwórni nie zapowiadały niczego dobrego. Podobnie jak doniesienia o kręconych w panice dokrętkach. Jednak jakimś cudem powstał fantastyczny film rozrywkowy, nie unikający także poważniejszych szlaków, które starał się wyznaczać Bryan Singer. Reżyser pierwszych dwóch filmów o komiksowych mutantach interpretował ich problemy społeczne poprzez inność i nie akceptację reszty społeczeństwa. Można było w tym być może słusznie doszukiwać się echa homoseksualnej orientacji reżysera jednak zostawmy te śliskie tematy bo znany ze swoich mniej lub bardziej skrajnie prawicowych poglądów Matthew Vaughn postawił na kompleksy wynikające z czystej fizyczności i również wygrał. Raven grana przez Jennifer Lawrence i Hank w interpretacji Nicholasa Houlta cierpią z powodu swojej fizycznej odmienności, chcieliby prowadzić normalne nastoletnie życie. Ktoś może powiedzieć, że jedno może kontrolować swój wygląd a u drugiego dziwaczne fizycznie są tylko jego stopy to jednak szczególnie Raven zazdrości Xavierowi pozornej normalności, to co spotyka potem Xaviera wydaje się jego własną "klątwą" niejako zgodnie z jej życzeniem nabywa on fizyczną ułomność. Chyba dopiero wtedy może on w pełni zrozumieć swoich podopiecznych.

Przytoczony Xavier to świetna rola Jamesa McAvoya, w jego interpretacji profesor jest charyzmatyczny, błyskotliwy, widać, że sam aktor bawi się rolą i łatwo uwierzyć w to, że młodzi mutanci poszli za jego głosem. Słowa uznania należą się też Kevinowi Baconowi który jest naprawdę znakomity jako elegancki nazistowski zbrodniarz Sebastian Shaw. Jednak całe show bez wątpienia kradnie Michael Fassbender, aż widz chciałby dać mu kategorię R i patrzeć jak wymyślnie oczyszcza świat z nazistowskich śmieci. Co ciekawe jego najlepsza scena znowu związana jest z piciem piwa. Sam film obfituje w wiele świetnych małych scen, jak na przykład wizyta Charlesa i Erica w klubie ze striptizem czy słynne już cameo które idealnie spełniło swoje zadanie na kinowej sali (na około 15 obecnych osób 14 się śmiało a jedna chrapała). Uważny widz dopatrzy się jeszcze dwóch gościnnych występów postaci znanych z innych filmów.

Oczywiście Pierwsza klasa to nie tylko świetne aktorstwo, socjologia w komiksowym świecie czy rozprawa z nazistami ale także a dla niektórych przede wszystkim efekty specjalne. Te są bardzo poprawne, bez wodotrysków ale i bez jakichś szczególnie zepsutych ujęć. Właściwie w oczy rzuciły mi się tylko wyjątkowo sztucznie niszczone CGI palmy, może też moce Sebastiana Shawa można było przedstawić ciekawiej.

Podsumowując może przesadą byłoby nazwanie nowych "X-Menów" Watchmenami Snydera w wersji light (chociaż kontekst historyczny bardzo zgrabnie ubarwiono fantastyką), ale na pewno poziom dobrego, niegłupiego rozrywkowego filmu został osiągnięty. Zresztą Michael Bay mógłby się uczyć od Vaughna jak błyskotliwie wprowadzać elementy humorystyczne do swoich filmów. Z chęcią zobaczyłbym sequel, z chęcią zobaczyłbym znowu Fassbendera pijącego piwo w Argentynie, ale niestety jak na razie doniesienia z amerykańskich kin nie napawają optymizmem. Czyżby wytwórnia Fox miała powrócić do swojej formuły superprodukcji którą niestety testowała już na mutantach w X-Men: Ostatni bastion i X-Men Geneza: Wolverine? Chyba każdy widz X-Men: Pierwsza klasa ma nadzieję, że tak się nie stanie.

3 z 4 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Po tak zrealizowanym otwarciu, nikt nie spojrzy na dużo słabszą trylogię Singera i Rattnera. 8

Zaczyna się jak wojenny dramat. Zwieńczona zasiekami stalowa brama do obozu, przed nią, zamknięci w ciasnym kordonie nazistów, Żydzi wypędzeni właśnie z bydlęcych wagonów. Leje deszcz, stalowoszare chmury spowijają niebo, odbierając skazanym resztki nadziei. Pod takim niebem nie ma szans na łaskawość losu. Nie ma miejsca dla nadziei…

Przekonuje się o tym boleśnie młody, ledwie nastoletni Eryk, tuż przed bramą, nagłym szarpnięciem oddzielony od rodziców. Słysząc krzyk matki wołającej go po imieniu, raz za razem, coraz bardziej rozpaczliwie, chłopiec również krzyczy, woła, wierzga i rzuca się w tłum, wreszcie - gdy strach zastępuje narastająca wściekłość - spojrzeniem i gestem... rozgina stalową bramę.

Tak oto po raz pierwszy daje o sobie znać przyszłe alter ego Eryka, Magneto - jedna z najtragiczniejszych postaci spośród całego uniwersum Marvela. Tak też zaczyna się najnowszy obraz Matthew Vaughna - X-Men: Pierwsza klasa.

Powiem szczerze, że bałem się tego filmu. Z kilku powodów. Najważniejszy wiąże się z moimi uprzedzeniami wobec prequeli. Tak jak bowiem uważam, że kontynuacje czasem przynoszą coś dobrego, tak wydarzeń wcześniejszych jakoś nigdy nie potrafiłem zrozumieć. Po co historia, której finał jest mi już znany, po co oglądać bohaterów jeszcze nieukształtowanych, nieopierzonych, zamiast pełnoprawnych? Bywa, że prequele zrobiły wielką krzywdę dziełom od których się wywodziły - że przytoczę tylko nieszczęsne narodziny Hannibala Lectera i jego wywijanie kataną w imię honoru ciotki. A przecież to ledwie wierzchołek góry lodowej...

Drugim powodem była osoba reżysera. Oczywiście po znakomitym Kick Ass wiedziałem, że Vaughn zna się na robocie, ale co innego zmierzyć się z pastiszem gatunku, a co innego potraktować go całkiem na poważnie i zrealizować - nie będę się bał tego słowa - dramat. Owszem, naszpikowany efektami, podszyty komiksową akcją, ale jednak dramat. O cierpieniu, o odrzuceniu i nietolerancji. O tym o czym, w swym podtekście, gdzieś głęboko, byli X-Meni.

Czy facet, który kręci film o małej dziewczynce, która roznosi pół mafii w pył i oddechu wciąż wystarcza jej na tyle, by cisnąć w kamerę bon-motem, jest w stanie nakręcić kino superbohaterskie na serio?

I wreszcie trzecia wątpliwość dotyczyła obsady, w której pierwotnie nie pasował mi w zasadzie nikt. A to za młody, a to za stary, a to grał z Angeliną i Keirą, więc ile jeden facet może mieć od życia? W każdym razie obsadowo również byłem raczej na nie.

Ale mimo wszystko nie mogłem się powstrzymać przed obejrzeniem tego filmu, więc wrzuciwszy swe wątpliwości do pudła z popcornem, ruszyłem na salę kinową.

A potem się zaczęło. Przytoczony tu początek, pierwsze spotkanie z Sebastianem Shawem, Charles Xavier jeszcze nie łysy i na własnych nogach wyrywa dziewczyny z kampusu na ciekawostki genetyczne...

I z każdą sekundą moje wątpliwości coraz bardziej szły w kąt. Aż wreszcie wyszły z sali i poszły do bufetu. Mnie natomiast został sam zachwyt.

A cóż urzekło mnie tak bardzo? Przede wszystkim gra głównych aktorów ze szczególnym naciskiem na Michaela Fassbendera (Magneto) i Jamesa McAvoya (Xavier). Gdy widzimy wściekłość na twarzy tego pierwszego lub uśmiech drugiego, gdy słyszymy ich rozmowy, a także widzimy jak świetnie, strojem, słowem, gestem, wpisują się w epokę - wiemy już, że castingowiec zarobił na swoją zapłatę. Dzielnie sekunduje im niezawodny Kevin Bacon (Shaw), w którego postaci widać przebłyski Landy z Bękartów wojny (nie tylko za sprawą porównywalnych zdolności językowych obu panów), czy Luthora w wykonaniu Hackmana.

Pozostali, młodsi aktorzy radzą sobie również całkiem nieźle. Ich rozterki i problemy pozostają jednak w tle. Bo - i to należałoby podkreślić - nie powinniśmy się dać zwieść ani tytułowi ani plakatom. To jest film o Magneto i Xavierze. O ich przyjaźni i tym dramatycznym - choć niestety w filmie trochę źle ogranym - momencie, gdy stają już nie ramię w ramię, ale naprzeciwko siebie. Mógłbym zresztą obstawić całkiem godziwą sumkę, że gdyby X-Men Geneza: Wolverine sprzedał się lepiej, ten film nosiłby tytuł "X-Men Geneza: Magneto". Pewnie część wątków uległaby zmianie, ale sens i przekaz filmu, a także jego główna oś pozostałaby taka sama.

Zamiast jednak gdybać, wróćmy do obrazu. Wypada bowiem pochwalić scenariusz i wyśmienity pomysł wplecenia mutantów w kryzys kubański, jak również - tu ukłony również w stronę Vaughna - inne zabiegi wpisujące film w wyraźną epokę i czas. Hellfire Club swym wystrojem przypomina lokale z sieci Playboy'a, a balanga jaką urządzają sobie młodociani pod nieobecność opiekunów to nieco podkręcony obrazek jak z rock&rollowej prywatki z lat sześćdziesiątych.

Ale zasługi scenarzysty i reżysera to nie tylko oddanie epoki, ale i znakomite rozłożenie dynamizmu. Film nie do końca jest widowiskiem akcji, ale nie zmienia to faktu, że za dynamicznymi pojedynkami i starciami nie sposób się stęsknić. I do tego są one zawsze wysokiej jakości. Czy to Azazel atakujący agentów CIA, czy Banshee uczący się latać, zawsze mamy do czynienia zarówno z kunsztem speców od efektów, jak i sprawnym, dynamicznym montażem. To sprawia, że niezależnie czego, kto oczekuje od filmu, nikt nie odejdzie skrzywdzony. A jako wisienkę na szczycie tego ogromnego tortu, twórcy zafundowali nam jeszcze kilka akcentów humorystycznych, w tym jeden naprawdę znakomity występ epizodyczny.

Żeby jednak nie było za słodko, zmuszony jestem zauważyć, że obok wielu zalet, film nie ustrzegł się wad popełnianych przez większość twórców kina superbohaterskiego. Pierwszym jest oczywiście patos w stężeniu tak wielkim, że pewnie ręka każdego amerykańskiego widza sama wznosiła się do salutu. Drugim jest łopatologiczne rozwiązanie zakończenia. Zupełnie jakby historia chciała się potoczyć swoim losem, ale zły producent przypomniał, że to tylko prequel.

No właśnie, prequel. Za parę lat widzowie będą oglądać "X-Menów" we właściwej kolejności. I wtedy film Vaughna wygeneruje nam jeszcze jeden problem. Po tak zrealizowanym otwarciu, nikt nie spojrzy na dużo słabszą trylogię Singera i Rattnera.

No chyba, że zatęskni za Loganem...

Autor: Jakub Ćwiek

1 z 6 osób uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie