Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara 6.8

Jack Sparrow dostaje zadanie znalezienia Trójzębu Posejdona, dzięki któremu zapobiegnie zgładzeniu piratów przez złowrogiego Salazara.

Recenzje

Kapitan Jack znowu wpada w tarapaty i zaczyna być ścigany przez groźnego Kapitana Salazara 9
  • 2017-07-04
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

"Legenda Jacka Sparrowa nie umarła"

Kiedy w 2003 roku został wyświetlony pierwszy film z serii Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej perły na całym świecie zapanowała Piratomania, a miliony widzów zaczęły uwielbiać szalonego Jacka Sparrowa w wykonaniu Johnnego Deppa, który tą rolą został wywindowany na maksymalne szczyty popularności i był o krok od zdobycia Oscara. Seria przygód niepokornego, ekscentrycznego, pyskatego wiecznie podpitego pirata zyskała całą rzeszę fanów i sympatyków do których należę i ja. Jak dotąd Jack w czterech filmach musiał się zmierzyć między innymi z nikczemnym Kapitanem Barbossą, demonicznym Kapitanem Davy Jonesem i potworem Krakenem, pirackim lordem Sao Fangiem i piratem Czarnobrodym. Tym razem w najnowszym piątym filmie z serii będzie zmuszony uciekać przed zemstą złowrogiego korsarza i pogromcy piratów Kapitana Salazara. Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara w reżyserii Joachima Rønninga i Espena Sandberga wrzuca odbiorców w wir nowej ekstremalnej przygody, zachowując przy tym klimat i rozmach poprzednich dzieł.

Już sam początek uświadamia nam, że tym razem wracamy do korzeni i tak to nasz nietuzinkowy pirat Sparrow jak zwykle w swoim łobuzerskim stylu rabuje. Fartem udaje mu się nie zostać pozbawionym głowy i poznaje nowych znajomych Henrego Turnera i Carinę Smyth. Scena po scenie zaskakuje efektami i rozmachem: Jack kręci się w jedną i w drugą stronę na tym co zostało z gilotyny, kamera pokazuje jego zabawne miny i oczywiście wrzask, za chwilę nasz bohater niczym Superman przeskakuje roztrzaskujący się most by wylądować na sejfie. Znowu prześladuje go pech: traci załogę, traci statek, traci swój kompas, co powoduje, że dawny wróg zaczyna deptać mu po piętach. W retrospekcjach widzimy odmłodzonego przez efekty CGI Deppa, którego postać zadrwiła i jednocześnie pokonała siejącego postrach wśród piratów Kapitana Salazara. Ten po latach ma możliwość odpłacenia się za to naszemu ulubieńcowi. Spotyka Henrego, młodego syna Williama Turnera i każe mu przekazać od siebie wiadomość dla Jacka: „ Śmierć podąża Twoim śladem”. Tak też zawiązują się coraz to nowe sojusze, najpierw Barbossa pomaga Salazarowi myśląc, że tym się uchroni, później w obawie o swoją załogę i o siebie decyduje się wejść jednak w sojusz z Jackiem, Henrym i Cariną. Wszyscy mają jakiś swój cel: Sparrow jak zwykle chce uniknąć śmierci i jednocześnie pragnie przywrócić swoją legendę, Henry ma zamiar zdjąć klątwę ze swojego ojca, a Carina stara się dowiedzieć prawdy o swojej tożsamości. Cała czwórka łączy siły w poszukiwaniu mapy, wyspy i Trójzębu Posejdona. W pogoni za nimi podąża przerażający Salazar. Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara to przede wszystkim wybornie przedstawione i zarazem epickie widowisko, w którym nie ma miejsca na nudę, gdzie trup ściele się gęsto, a duchy nadal mrożą krew w żyłach. Do tego dorzucić trzeba dużą dawkę błyskotliwego czarnego humoru oraz pełną paletę różnych gagów, które rozweselą niejednego mruka. Scenariusz autorstwa Jeffa Nathansona pozwala nie tylko dogłębnie zanurzyć się w przedstawianą fabułę, ale także świetnie nakreślił bohaterów, którzy są tak wyraziści, że blaskiem dorównują gwiazdom na niebie. Javier Bardem całym sobą jest Kapitanem Salazarem, ton głosu, mimika twarzy, gestykulacja to wszystko genialnie nadało zło wrogości tejże postaci w jego wykonaniu. Geoffrey Rush jako Hector Barbossa to charakter niejednoznaczny, z jednej strony pogardzamy nim z drugiej współczujemy mu. Kaya Scodelario i jej Carina Smith to twarda, inteligentna babka, a jednocześnie bardzo naturalna z nutką tajemniczości. Brenton Thwaites nie tylko ładnie wygląda, ale też bardzo dobrze gra, jego Henry Turner jest zadziorny, cwaniakowaty, ale jest tak samo poczciwy i ujmujący jak kiedyś postać Williama Turnera. A Depp jak to ma w zwyczaju pajacuje i rzuca śmiesznymi tekstami i jest nonszalancki, ale za to go przecież kochamy w tej roli. Fani ucieszą się na pewno z zobaczenia znowu Williama( Orlando Bloom ) i Elizabeth Swan ( Keira Knightley ) razem.

Nie sposób także pominąć monumentalności scen, jakie wrażenie może wywrzeć jak statek Czarna Perła płynie przy krawędzi rozstępującego się morza, albo gdy statek Salazara niszczy inne łodzie. Wybuchy, strzały, strzelaniny, pościgi, uciekanie przed gigantycznymi rekinami tym między innymi będą karmione nasze oczy. Cała seria Piratów z Karaibów to taka satyra na życie piratów, to pokazanie ich w zupełnie innym świetle niż dotąd w kinie. Ja to kupuję, podoba mi się motyw piratów, którzy potrafią być zabawni, są niejednoznaczni, nie są naznaczeni tylko stereotypem: mordercy albo złodzieja. Mają swoje różne dylematy, ciekawe historie , wątki miłosne, a czasem też po prostu dobre serce. Trzeba również zaznaczyć, że jest to kino czysto rozrywkowe mające za zadanie choć na chwilę nas rozweselić tak żebyśmy zapomnieli o szarej rzeczywistości. To kino przeżywania niezapomnianej przygody razem z bohaterami, gdzie w uszach pobrzmiewa idealnie skomponowany główny theme przewodni filmu. Film Piraci z Karaibów Zemsta Salazara to kusząca rozrywka na najwyższym poziomie, z kreacjami godnymi zapamiętania, to magia poprzez którą czujemy jakbyśmy to my sterowali ogromnym statkiem. Odczuwamy tu więź z bohaterami, razem z nimi śmiejemy się do rozpuku, płaczemy, przeżywamy ich rozterki, gdybyśmy mogli sami byśmy dobyli miecza by pomóc Jackowi i jego przyjaciołom. To zapomnienie się, to powrót do czasów dzieciństwa, gdzie wszystko było możliwe i mogło się zdarzyć. Jak dla mnie ten film dorównuje temu pierwszemu z serii, a momentami może nawet go przewyższa. Fani nie będą zawiedzeni – dostaną 100 procent Jacka Sparrowa w Sparrowie, nowego intrygującego villaina i niezapomnianą epickość.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
To film, który jest świadomy tego, że jest rozrywką, ale nie przeszkadza mu to w byciu doskonałą przygodą z błyskotliwą konstrukcją narracyjną. 7

Saga Piraci z Karaibów była, jest i pozostanie fenomenem, niezależnie od ewolucji poziomu kolejnych części. To nikt inny, jak Gregor Verbiński reanimował świat piratów w kinie, stworzył go atrakcyjnym obrazem dla widza, a nie kiczowatą przebieranką lub pseudo historyczną źle napisaną opowiastką. Sam reżyser już z najnowszym obrazem Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara nie nie ma za dużo wspólnego. Jednak nie jest to jedna z tych sytuacji (mimo poprzedniej części, która to zapowiadała), że jedynym celem powstania tego filmu jest myśl przewodnia: Nie zabijamy kury, która znosi złote jaja. To znowu Big Lebovsky przy sterburcie i dynamiczny kawał kina, wypełniony nie tylko osiągnięciami technologii, ale również legendy Jacka Sparrowa i reszty znanej oraz kochanej ferajny.

Tym razem jest trochę czytelniej, niż w poprzednich dwóch częściach. Knucie, spiskowanie, układy jednak dla Piratów do chleb powszedni, tak jak rum i szkorbut. Pojawia się nowa postać, o której wcześniej nic nie było nam wiadomo, jednak kolejny wróg w świecie Jacka Sparrowa to dla widza żadna niespodzianka. Kapitan Salazar, kiedyś postrach piratów, „robiąc porządki” na wodach, został sprytnie wtrącony do mitycznego więzienia przez naszego Biga Lebovskiego wśród piratów – Sparrowa. Nienawidzony, a jednocześnie podziwiany. Rzadko trzeźwy, ale zawsze unikający ostatecznie odpowiedzialności i niechcący robiący bohaterskie czyny. Ukochany przez kino antybohater wraca i dodaje mnóstwo wigoru do historii. Niby większość bohaterów chce go zabić, ale wszyscy go potrzebują – tym razem ich celem jest Trójząb Posejdona – zdejmujący wszelkie klątwy. Każdy ma w jego odnalezieniu swój interes, dzięki czemu my mamy wielką przyjemność znowu zobaczyć na jednym pokładzie Barbosse i Sparrowa, których antypatia jednak przegrywa z piracką lojalnością, która okazuje się istnieć.

I tak, w dużym stopniu ten film jest wpatrzony w Jacka Sparrowa, ale wprowadzenie nowych bohaterów i powrót pokracznej, ale wiernej ekipy kapitana, nie jest marginalny i z przymusu. To nie jest show jednego bohatera Oczywiście kapitan szyk, styl i elegancje wymienił za butelkę alkoholu już dawno, ale za to go przecież kochamy. Za całkowity tumiwisizm, mieszający się z chwilami kiedy wychodzi z pijackiego zamroczenia, żeby w swoim sowizdrzalskim stylu uratować kogoś, udając że zawsze chodzi mu tylko o siebie. Nie tylko dzięki jego postaci, ale całej konstrukcji scenariusza to sprawia, że Piraci z Karaibów od początku nie są wzniośli, nadęci, ckliwi, a epiccy w formie, jednak zdystansowani w narracji do siebie całkowicie. Pełno tutaj trafionych gagów, trochę slapsticku i jednak sprawdzonych zagrywek, które skoro śmieszyły wcześniej, to znowu może będą. I to im się udaje.

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara to też doskonała robota wizualna, nieskupiająca się tylko na hipnozie widza obrazem, a wykorzystująca nowoczesną technologię do zilustrowania kolejnej, wielkiej przygody naszych bohaterów. Tak się używa zabawek współczesności, by nie zinfantylizować produkcji, czy przygnieść treść, a nazwać z dumą rozrywką.

Przed puszczeniem filmu nie trzeba uprzedzać o obecność scen zabierających nam punktu IQ. Bo to kino jest piracką rozgrywką, a dla nas rozrywką.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie