Melodia Broadwayu: Narodziny Giganta i Śmierć Kina Niemego! 6
Kiedy w 1929 roku na ekranach kin zadebiutowała Melodia Broadwayu, świat nie widział (i nie słyszał) niczego podobnego. Był to projekt o ogromnej skali – pierwszy „stuprocentowo dźwiękowy” musical, który nie tylko udowodnił, że dźwięk w kinie nie jest jedynie chwilową modą, ale stał się pierwszym filmem dźwiękowym nagrodzonym Oscarem dla Najlepszego Filmu.
Scenariusz opiera się na klasycznym, niemal archetypicznym motywie walki o marzenia w cieniu wielkiego miasta. Siostry Mahoney – Hank (Bessie Love) i Queenie (Anita Page) – przybywają do Nowego Jorku z prowincji, marząc o udziale w wielkiej rewii na Broadwayu. Ich przewodnik po tym świecie, Eddie (Charles King), piosenkarz i narzeczony Hank, szybko orientuje się, że to młodsza i piękniejsza Queenie ma większe szanse na karierę.
To, co wyróżnia ten film na tle innych produkcji z tamtych lat, to nieoczekiwany ciężar emocjonalny. Zamiast lekkiej komedii, otrzymujemy opowieść o poświęceniu, zazdrości i gorzkiej cenie sukcesu. Bessie Love tworzy tu postać tragiczną; jej scena płaczu przed lustrem, podczas gdy musi nakładać makijaż, stała się jedną z najbardziej ikonicznych scen wczesnego kina dźwiękowego.
Z dzisiejszej perspektywy realizacja filmu wydaje się toporna, ale w 1929 roku była to szczytowa technologia. Recenzje historyczne na Rotten Tomatoes często podkreślają, że ekipa filmowa musiała dosłownie „walczyć” ze sprzętem. Mikrofony były stacjonarne, często ukryte w rekwizytach (np. w wazonach z kwiatami), co wymuszało na aktorach specyficzne ustawienie. Mimo tych ograniczeń, reżyser Harry Beaumont zdołał stworzyć poczucie dynamizmu. Film zawiera sekwencje taneczne, które – choć statyczne w porównaniu do późniejszych dzieł – posiadały rozmach broadwayowskich rewii. Co więcej, film zawierał pierwotnie sekwencję w kolorze (Technicolor), co dla ówczesnego widza było doświadczeniem niemal seryjnym.
Ścieżka dźwiękowa autorstwa Nacia Herba Browna i Arthura Freeda dała światu standardy, które żyją do dziś. Utwór "You Were Meant for Me" stał się klasykiem, a tytułowa piosenka definiowała brzmienie epoki jazzu. Film ten był również poligonem doświadczalnym dla techniki playbacku – to tutaj po raz pierwszy spróbowano nagrać dźwięk wcześniej, by aktorzy mogli swobodniej poruszać się przed kamerą.
Oglądając Melodię Broadwayu dzisiaj, musimy przygotować się na pewien "szok kulturowy". Gra aktorska bywa teatralnie przesadzona (pozostałość po kinie niemym), a jakość dźwięku trzeszczy. Dla współczesnego widza tempo może wydawać się nużące, a niektóre rozwiązania fabularne naiwne. Jednak oceniając ten film, nie oceniamy tylko dzieła sztuki, ale historyczny przełom. Bez sukcesu tego filmu (zarobił ponad 4 miliony dolarów przy budżecie 350 tysięcy), studio MGM mogłoby nigdy nie wyprodukować takich arcydzieł jak Czarnoksiężnik z Oz czy Deszczowa piosenka.
Melodia Broadwayu to fascynujący dokument czasu transformacji. To film surowy, miejscami naiwny, ale tętniący autentyczną pasją ludzi, którzy odkrywali nową formę sztuki. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć, jak kino nauczyło się śpiewać.
Powolna, nieciekawa narracja, strasznie błaha problematyka. Oprócz partii śpiewanych kręcony chyba bez przygotowania, scenariusza. 3-