Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi 6.2

Rebelia ostatkiem sił broni się przed atakami Najwyższego Porządku. W międzyczasie Rey odnajduje Luke'a Skywalkera, którego prosi o to, aby został jej nauczycielem i pokazał czym tak naprawdę jest Moc.

Recenzje

Obiektywnie film jest średni, ale jako część sagi - mimo wszystko moim zdaniem robi robotę. 10
  • 2019-08-13
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Mieszane uczucia

Mieszane uczucia i ocena 10/10? Tak - bo to dalej moje ukochane "Gwiezdne Wojny" a mało co zapewnia mi tyle frajdy co możliwość przeniesienia się po raz kolejny do tego świata. Nawet jeśli pół filmu jest skopane. Pal sześć Leię Poppins, tutaj można odreagować robiąc "fejspalma", ale nad innymi głupotami scenariuszowymi (bunt Poe, atak kamikadze, "Kiss from a Rose") trudno przejść do porządku dziennego.

Z drugiej strony - jak to jest nakręcone! Solna planeta, kryształowe pieski, starcie z gwardzistami Smarka, Rey używająca Mocy w pewien efektowny sposób - większą część filmu oglądałem z opadniętą szczęką i ciarami na plecach. No i trolling Luke'a - to jest chyba najlepsza scena w całej serii "Gwiezdnych Wojen"! Wreszcie relacja Rey - Kylo Ren została smakowicie rozwinięta a gra Adama Drivera jest koncertowa. W poprzedniej części przeszkadzało mi, że zamiast groźnego przeciwnika po ekranie snuje się emo mydłek. A tymczasem okazało się, że to było jak najbardziej celowe i Kylo *jest* emo mydłkiem, z którego sam Smark drze łacha. Rewelacja. Na plus należy też zaliczyć, że ta część nie jest kopią jeden do jednego Imperium kontratakuje, tak jak kopią Nowej nadziei było Przebudzenie w nocy. Z trzeciej strony - chciałoby się zakrzyknąć "Quo vadis, sago?!", że wśród plusów kolejnej części trzeba wymieniać, że film nie jest autoplagiatem... Ech...

Obiektywnie film jest więc średni, ale jako część sagi - mimo wszystko moim zdaniem robi robotę. No i naprawdę badziewny film ze świata "Gwiezdnych wojen" jest niestety dopiero przed nami, bo za scenariusz epizodu IX odpowiadają panowie Colin Trevorrow i Derek Connolly (Jurassic World: Fallen Kingdom). Teraz widzę, że zostali na szczęście zdegradowani do roli "współscenarzystów", ale to nadal bardzo źle wróży. Cieszmy się więc póki co Ostatnim Dżedajem, bo wkrótce będzie gorzej.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Pytania bez odpowiedzi i niespełnione obietnice 6
  • 2017-12-14
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Dzień, na który czekali wszyscy fani gwiezdnej sagi. Do polskich kin zawitała kolejna odsłona jednej z najbardziej rozpoznawalnych franczyz w historii kina – Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi. Rian Johnson zasiadł na naprawdę gorącym stołku po tym, jak poprzedni epizod nie do końca spełnił oczekiwania fanów. Wiele osób zarzucało superprodukcji zbyt nachalne czerpanie, wręcz rimejkowanie Nowej nadziei. Twórca znany z dosyć oryginalnych pomysłów i unikania przetartych schematów zdecydował się również zrobić to w uniwersum Star Wars. Niepotrzebnie.

Jeśli miałbym opisać jednym słowem film Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy, to wybrałbym wyraz "bezpieczny". Fabuła w poprzednim filmie była prosta, na tyle prosta, że można ją było streścić w góra dwóch zdaniach. J.J. Abrams skorzystał ze sprawdzonych składników – dał nam kilku nowych bohaterów budzących sympatię; zaprezentował nowy czarny charakter, który poprzez swój wygląd, głos, sposób bycia i potęgę miał stać się kimś na miarę Lorda Vadera; ponownie zaprosił nas do fantastycznego świata pełnego kosmicznych ras, statków i kolorowych planet; no i najważniejsze – poprzez pytania, które pozostały po jego filmie bez odpowiedzi, dał nadzieję na możliwość przeżycia wielkiej przygody. Pod wieloma względami ta przygoda została zakończona wraz z obejrzeniem filmu Johnsona.

Rebelia ostatkiem sił próbuje obronić się przed atakami Najwyższego Porządku. Generał Leia Organa i jej wierni kompani za wszelką cenę chcą przeżyć i pozostawić nutkę nadziei dla mieszkańców całej Galaktyki. Z kolei Rey przybywa na odległą planetę, gdzie ukrywa się Luke Skywalker. Dziewczyna chce, aby legendarny Jedi został jej nauczycielem i pokazał, czym tak naprawdę jest moc.

Jestem gotów zgodzić się ze stwierdzeniem krytykantów, że Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy były małym bałaganem, dlatego też przed Johnsonem postawiono trudne zadania posprzątania tego wszystkiego. Nikt jednak nie spodziewał się, że filmowiec zrobi to w tak radykalny sposób. Skutkiem jego bądź co bądź odważnych decyzji było udzielenie odpowiedzi, które pod żadnym pozorem nie są dla mnie satysfakcjonujące. Nie podoba mi się sposób, w jaki pokierowano wątek Snoke’a – postaci, która była zapowiadana, jako potężniejsza od Lorda Vadera i samego Imperatora. Jestem również rozczarowany odpowiedzią na pytanie, które było zadawane po premierze Przebudzenia mocy, chyba przez każdego fana sagi – Kim są rodzice Rey?

Najbardziej boli mnie jednak historia Luke’a Skywalkera i to, co zdecydował się zrobić z tą postacią Johnson. Nie chcę nazywać Luke’a paranoikiem, ale właśnie to słowo ciśnie mi się na usta, gdy pomyślę o dzisiejszym wcieleniu bohatera, którego zupełnie inaczej zapamiętałem. Ciężko pisać o tym wątku bez wdawania się w szczegóły, dlatego też nie będę się nad tym dłużej rozwodził. Po prostu musicie zobaczyć sami w jaką stronę postanowił pójść Johnson. Wiem, że są osoby i fani sagi, którzy to akceptują i chwalą reżysera za odwagę. Ja niestety się do nich nie zaliczam.

Nie podobało mi się również to, jak dużo humoru wprowadzono do tego świata w Ostatnim Jedi. Jasne, jest on potrzebny, ale w niektórych momentach było tego już po prostu za dużo. Były sytuacje, że nawet w trakcie dramatycznych scen, któryś z bohaterów musiał rzucić jakimś – nie zawsze – śmiesznym tekstem. O ile jestem przyzwyczajony do takich zabiegów przy okazji oglądania superprodukcji należących do Kinowego Uniwersum Marvela, tak przy Star Wars tego nie kupuję.

Ostatni Jedi podobnie, jak Przebudzenie mocy może pochwalić się fenomenalnymi elementami audio-wizualnymi. Dźwięk oraz efekty specjalne to prawdziwy majstersztyk – oglądanie pojedynków powietrznych, w których udział biorą TIE i X-Wingi to prawdziwa gratka, a finałowa sekwencja kręcona na boliwijskiej pustyni solnej spokojnie może kandydować do miana jednej z najładniej wyglądających scen roku. Fajne jest również to, że twórcy nie bali się używać efektów praktycznych i animatroniki. Dodam również, że zagorzali fani zapewne będą zadowoleni z powrotu pewnej kultowej postaci.

Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi to film, po którym czuję pewien niedosyt. Po kinowym seansie Przebudzenia mocy targały mną emocje, długo nie mogłem zapomnieć tego, co przed chwilą obejrzałem, miałem ciarki, chciałem jak najszybciej obejrzeć ten film jeszcze raz. Nawet przy okazji powtórki, którą zrobiłem sobie przed wyjściem do kina na Ostatniego Jedi, czułem lekki dreszczyk. Niestety nie mogę tego samego powiedzieć po dzisiejszej wizycie w kinie. I chyba to jest największym argumentem na to, że Rian Johnson nie spełnił nadziei, które w nim pokładałem. Doceniam za chęć wprowadzenia czegoś nowego, bycia odważnym i pokazania, że nie zawsze trzeba grać według pewnych zasad i korzystać ze sprawdzonych schematów. Niestety według mnie ta próba nie do końca się udała i Johnson stworzył widowisko pozbawione serducha.

2 z 3 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie