Cmentarzysko ludożerców 6.3

Grupa jeńców zostaje uprowadzona przez lud kanibali. Czterech mężczyzn rusza by im pomóc.

Recenzje

Hasło z plakatu - "stworzony by stać się kultowym" pasuje jak rzadko kiedy 9
  • 2016-05-20
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Całkiem niepostrzeżenie wróciła moda na westerny. W czasach, gdy najbardziej kasowymi produkcjami są ekranizacje komiksów, na drugim planie swój renesans przeżywa ten zapomniany do niedawna gatunek. W XXI wieku niewielu twórców podejmowało taką stylistykę. Pojawiło się kilka ciepło przyjętych tytułów jak Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda czy Prawdziwe męstwo braci Coen. Jednak prawdziwe przełamanie przyszło wraz z sukcesem komercyjnym jaki przyniósł w 2012r. Django Quentina Tarantino. Twórcy zobaczyli wtedy, że z westernu da się jeszcze dużo wyciągnąć. Reżyserowi „Bone Tomahawk” zdecydowanie się to udało.

Już prolog filmu mówi czego możemy się spodziewać później. Dwóch bandytów trafia na indiański cmentarz, przez co zostają zaatakowani. Napastnikami nie są jednak Indianie, jakich znamy z klasycznych filmów. To dzikie plemię kanibali, które swoją brutalnością budzi grozę nawet u reszty rdzennych mieszkańców Ameryki. Troglodyci, bo tak nazywane jest plemię zaczyna zagrażać pobliskiemu miasteczku Bright Hope, w którym prawa strzeże charyzmatyczny szeryf Hunt, grany przez Kurta Russella. Gdy dwoje mieszkańców znika, szeryf wraz ze swoim zastępcą Chicorym (Richard Jenkins), łowcą Indian Brooderem (Matthew Fox) i mężem porwanej kobiety Arthurem (Patrick Wilson) postanawia odszukać kryjówkę Troglodytów i uratować porwanych. Fabuła z jednej strony łączy klasyczne wątki z elementami, które wcześniej nie występowały w takiej stylistyce. Wielki szacunek należy się Zahlerowi za to, że w swoim debiucie poszedł aż tak daleko i stworzył w pełni autorski film. Widać, że wszystko jest tu dopieszczone i wygląda tak, jak wymyślił sobie reżyser. To bardzo świeże, dotąd niespotykane połączenie westernu z horrorem gore.

Całokształt jest bardzo w stylu najlepszych filmów Tarantino - stopniowo rosnące napięcie, powolny rozwój akcji z coraz większą eskalacją przemocy, soundtrack i piękne zdjęcia dopełniające klimatu. Benji Bakshi, autor zdjęć w pełni wykorzystał potencjał jaki dawała sceneria dzikiego zachodu. Wyróżniającym elementem jest też pokazywanie scen przemocy - nagłe, groteskowe, brutalne i jednocześnie nieoczywiste. Dobry scenariusz, chociaż nietrudno się domyślić do czego prowadzi, sporo niedopowiedzeń, nieźle napisane dialogi i stosunkowo nieduża dawka głupoty. W sumie prawie wszystko w tym filmie zagrało. Niewielki zgrzyt miałem z postacią Broodera - zupełnie nie pasował mi ten cwaniak-elegant w białym garniturze do miejsc, gdzie przy każdym kroku unoszą się tumany kurzu. Później o jego postaci dowiadujemy się więcej, co w jakimś stopniu wyjaśnia jego charakter, a dzięki temu przestaje przeszkadzać. Skompletowanie obsady, przy budżecie niespełna 2 mln$ jest imponujące. W dodatku sprawdziło się nie tylko na papierze - dobry Wilson, świetny Jenkins i genialny Russell, który przeżywa swoją drugą aktorską młodość.

Długo czekałem na taki film, myślałem, że będzie nim Nienawistna ósemka, ale czego nie zrobił Tarantino, zrobił S. Craig Zahler, który tym jednym filmem wzbudził moje duże nadzieje, że Quentin ma wreszcie godnego następcę. Trochę niefortunnie używam porównań między tymi dwoma reżyserami, bo nie można podważyć tego, że Zahler zaprezentował w pełni autorski styl i nie ma mowy o wtórności wobec innych. Hasło z plakatu - "stworzony by stać się kultowym" pasuje jak rzadko kiedy. Im dalej od seansu, tym bardziej lubię ten film. Bardzo możliwe, że za kilka(dziesiąt) lat Nienawistna ósemka będzie wymieniana tylko jako jeden z wielu filmów Tarantino, Zjawa jedynie w kontekście osiągnięć technicznych, a "Bone Tomahawk" zyska status filmu kultowego (i mam taką szczerą nadzieję).

2 z 3 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Dobry, zły brzydki i niezrównoważony! Lepszy, gorszy i brzydszy! 7

W kinie jest trochę inaczej, niż na wystawach zwierząt. Film nie musi być rasowy. Bone Tomahawk jest takim mieszańcem. Jego niesubordynacja gatunkowa może skraść serce… albo wprowadzić je tylko w chwilowe palpitacje.

Wszystko zaczyna się w poprawnej westernowej stylistyce i narracji. Chociaż samo miasteczko nie wydaje nam się eksplozją namiętności i przemocy, charakterystycznej dla kina tego gatunku. Nasze miejsce akcji, chociaż celnej by było – punkt wyjścia do niej, szatnia przed meczem – znacząco nazywa się Bright Hope. Rozleniwiony dziki zachód, jak gdyby nie w sezonie. Jedna z wielu scen w opustoszałej knajpie, gdzie by dostać piosenkę trzeba ocucić pijanego muzyka, będzie jak domino o wiele większych konsekwencjach, niż byśmy zakładali. Pojawia się tajemniczy nieznajomy, chociaż my wiemy z otwierającej sceny, że ten intruz nie jest nieszkodliwy. Nasz szeryf przy nielicznie zamieszkanej mieścinie (tak to zostało rozrysowane) nie zignoruje tej niepokojącej obecności. Może nie ma w tym prędkości i atrakcyjności budowania napięcia Tarantino... na pewno nie ma. Jednak tutaj podobnie tempo z zaspanymi oczami, otworzy je szerzej, przez jeden strzał w stopę – to u szeryfa sygnał ostrzegawczy. Kto marnowałby naboje na strzały w niebo? Western to utwór awanturniczy, a Bone Tomahawk o tym wie.

Bone Tomahawk od początku polemizuje ze światem westernu stawiając tezę, że tam wcale nie strzela się w samo południe, a parzy herbatę. Nie prowadzi się też nieustannie wielkich i przejmujących przemów o dominacji białego człowieka, a gorączka złota nie wprowadza nikogo w gorączkę. Jest potrzeba dzikich plemion, przedstawionych tutaj wręcz jak postaci fantastyczne, by doświadczyć jakiejś przygody. Dziki zachód to tutaj wypalony zachód.

Po pewnych turbulencjach nasza fantastyczna czwórka wyrusza z akcją ratunkową, by odbić porwaną przez troglodytów żonę jednego z mieszkańców. Niby drapieżność i charakter tej wielodniowej wycieczki jest porównywalny do nudnych spacerów Bilbo Bagginsa z Hobbita (wybaczcie). Jednak podróż tutaj nie jest pauzą, a gawędziarskie, pełne innych charakterków towarzystwo, kołysze widza i trochę usypia jego czujność. Daleko im do kempingowej atmosfery, czy obozu harcerskiego. Jest to raczej moment dla widza na rozwiązanie krzyżówek charakteru każdego bohatera, by wiedzieć komu kibicować, a komu nie. Żeby ich rany na widza jakoś działały, a nie były jednym z wielu aktów przemocy nieznanej postaci.

Bone Tomahawk ma wiele motywów lojalnych wobec gatunku, ale zrywa się ze smyczy.* Niby nasz szeryf jest odważny, ale do prawości i szlachetności jest mu bardzo daleko. Nasz główny bohater, mąż porwanej kobiety, zamiast z dumnie wypiętą piersią gnać na rumaku, spowalnia podróż i ledwo się porusza ze swoją zranioną nogą. Nawet zrośnięty z westernem wątek Indian i rozliczenia, skręca w trochę innym kierunku. Nasz zastępca szeryfa prócz tego, że mówi za dużo, wykazuje cechy pacyfisty. Bliżej mu do dzieci kwiatów, niż wilków stepowych.

Oczywiście, mamy damę w opresji, dobrych, złych i brzydkich, ale warto dopisać jeszcze – niezrównoważonych.* To jest bezczelny, niebezpieczny i naprawdę kwalifikujący się do obserwacji na oddziale psychiatrycznym, film o najdzikszych zachodzie – fantastycznie sowizdrzalski. *Dosyć umownie traktujące przemoc, kpiące sobie z męskiej siły i szydercze wobec porządku fabularnego, punkowe kino. To Bad trip – co by było jakby Clint Eastwood i Tarantino zarzucili trochę kwasu.

Debiutant ma sporo do powiedzenia, chociaż czasami jest zdezorientowany. Ten epizodyczny chaos sprawia, że zdarza mu się zaciągnąć swoich bohaterów na tereny kiczu i wątpliwie czytelnego absurdu. Rzadko piszę wyświechtaną formułkę – dla kogo jest to film – ale tutaj niezbędne jest zapoznanie się z treścią ulotki. Bone Tomahawk jest dla wyluzowanych graczy, którzy nie poszukują w każdej produkcji metafizyki i intelektualnych ciężarków.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie