Wolny strzelec 7.2

Wolnego strzelca stać na absolutnie wszystko, żeby wspiąć się po szczeblach kariery kronikarza najniebezpieczniejszych dzielnic Los Angeles. Zobacz, jak spełnia się American Dream w czasach, gdy sumienie jest wadą, a droga do zwycięstwa nierzadko wiedzie po trupach.

Recenzje

Dzieło porusza, jest wielowymiarowym wulkanem emocji dla każdego widza. Oglądając można być przerażonym mądrością i świadomością realizacji. 10
  • 2017-11-28
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Wolny strzelec, w reżyserii Dana Gilroya to produkcja stawiająca na treść. Budżet oszacowany został na blisko 9 milionów dolarów. Bez wątpienia zmierzymy się z kinem niezależnym i stawiającym na emocjonalne wibracje.

Tytułowy bohater to Lou Bloom (Jake Gyllenhaal). Poznajemy go jako złodziejaszka, a wraz z rozwojem akcji jego potencjał jako człowieka bez skrupułów i wewnętrznych granic osiąga szczyt, o którym wielu się nie śniło. Młody mężczyzna szuka swojego miejsca, pracy i pomysłu na siebie. Okazja do znalezienia prawdziwej pasji i motywacji do niezłomności w działaniach natrafia się szybko. Lou jest świadkiem wypadku i pracy kronikarzy najniebezpieczniejszych dzielnic Los Angeles. Zainteresowanie sprawą prowadzi go do pozyskania w sposób nielegalny pieniędzy na kamerę i rozpoczęcie kariery we wspomnianej branży. Jego "wrotami" do możliwości reportażu jest Nina (Rene Russo), która daje się poznać jako zimna, nieprzystępna i tajemnicza dyrektorka nocnego wydania wiadomości. Bloom rozwija się niewiarygodnie szybko, przystosowuje się do potrzeb rynku (zatrudnia pomocnika), sam przy tym czyniąc wszystko co potrzebne do osiągnięcia i spełnienia idei (uczy się "online"). Jego filmy, kadry i ujęcia są inne - dają przypływ jakości, bohater staje się kluczem do sukcesu, budząc przy tym mnóstwo zamieszania. Jest odważny, zdeterminowany, inteligentny i szalenie niebezpieczny.

Wolny strzelec to obraz mocny, ciężki. Tematyka i pomysł na poprowadzenie fabuły daje możliwość zauważenia dwuznaczności i przekazu jaki twórcy wysyłają pośrednio do nas. Ten komunikat jest momentami pozbawiony szyfru i goły od cenzury wrzynając widza w głąb kinowego fotela. Wrażenia ucisku w gardle i przerażenia prawdą są fascynujące. Każda scena przybliża nas do poznania i zwrócenia naszego zdania (np. o mediach) na właściwe tory. Dzieło, dzięki mnóstwie umilających aktywny seans aspektów pobudza czujność i ciekawość, jesteśmy podsunięci pod źródło wiedzy o temacie, jaką dysponuje scenarzysta. Dialogi budują kreacje, są czynne przy tworzeniu osobowości poszczególnych postaci. Teraz pora na worek pochwał dla jednego z kandydatów do zdobycia Złotego Globa - Jake'a. Spisał się wybitnie, zagrał rewelacyjnie. Przez cały czas wprowadza widza do swojego portretu. Kreśli go mocno i wyraźnie manipulując i świadomie używając głosu, mimiki oraz spojrzenia. To jego najlepsza rola, zmierzył się z wyzwaniem i wygrał wstęp do wielkiego świata nagród i uznań za pracę aktora. On sam jest znakiem jakości i certyfikatem smaku, który pozostawia po sobie Nightcrawler (oryginalny tytuł). Nie mam wątpliwości, że bez niego dzieło straciłoby ten wymiar i szlif, jakim namaścił produkcje. Reszta obsady jest tłem dla tej wielkiej roli, ale co warto podkreślić - WPASOWANYM.

Na gromkie brawa zasługują zdjęcia, których autorem jest Robert Elswit (laureat Oscara za Aż poleje się krew). Motyw muzyczny to zasługa Jamesa Newtona Howarda (6 nominacji do Oscara, w tym za Osadę, Ściganego, nominacja do BAFTy za Mrocznego rycerza). Dla wielu może być bodźcem do zaciśnięcia zębów, potu na czole, a nawet konsternacji. Towarzyszy nam w budowaniu wewnętrznego napięcia i pozwala na narodzenie nowych, dotąd nieprzeżytych doznań. Montaż to majstersztyk. Idealny, zgrabny, odpowiedni - trzyma dzieło w ryzach i dba o widza.

Wszystko zaciśnięte jest w Wolnym strzelcu. To dzieło porusza, jest wielowymiarowym wulkanem emocji dla każdego widza. Oglądając można być przerażonym mądrością i świadomością realizacji. Film jest wolny od pokrewieństwa, po prostu żyje własnym życiem. To punkt i perfekcyjny moment do ustawienia swoich poglądów i próby konfrontacji. Tak należy podchodzić do człowieka. Twórcy muszą dać nam coś ambitnego z pomysłem i wizją uniwersalnego przekazu. To ma zastanawiać, poruszać, budzić zniesmaczenie (w dobrym znaczeniu) i strach. Świetna praca, mnóstwo pochwał i chęć na ponowny seans. Warto obejrzeć, zastanowić się i dojść do wniosku.

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Recenzja filmu Wolny strzelec 7
  • 2014-11-20
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Wolny strzelec jeszcze przed wejściem na kinowe ekrany rozpętał dyskusję o wolności mediów, o moralności i wątpliwej etycznie walce podejmowanej przez stacje dążące do podbijania słupków oglądalności przy pomocy sensacji, krwi i przemocy. Choć film Dana Gilroya można rozpatrywać z szerokiej społecznej perspektywy, to dla mnie jest przede wszystkim opowieścią o psychopatycznej jednostce, która nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć swój cel.

Od pierwszych minut widzimy, że Louis Bloom (Jake Gyllenhaal) ma szaleństwo wypisane w oczach. Zapomniany przez społeczeństwo drobny złodziejaszek, który walczy o przetrwanie na ulicach Los Angeles staje się odzwierciedleniem mitu _self-made-men’a_, wykorzystując ponad przeciętną inteligencję i nieprzebrane zasoby internetowych poradników i krótkich kursów. Choć posługuje się bełkotliwą mową manipulacji i kreacji, zdobywa pieniądze na pierwszą kamerę i nasłuchując policyjnych komunikatów, wyrusza na polowanie na newsa.

Reżyser dostarcza nam barwną paletę postaci i wydarzeń, sprytnie wprowadza w ruch maszynę grozy i pędu akcji. Film wypada niezwykle dobrze jak na dość skromny budżet, a nie brakuje w nim spektakularnych pościgów i krwawych inscenizacji, jednak to aktorstwo stanowi największą siłę. W Wolnym strzelcu ściera się bezkompromisowość mediów w postaci Niny (fantastyczna Rene Russo) z moralnymi wątpliwościami i upartym dociekaniu prawdy jej współpracownika. Gilroy nie pozostawia złudzeń kto wygrywa w tej bitwie, nie oszczędzając w żadnym stopniu narastającej tabloidyzacji mediów. W ten sposób dokłada cegiełkę do piętnowania bezrefleksyjnego kreowania i odbierania informacji przedstawionego równie dosadnie w Zaginionej dziewczynie Finchera.

Debiut reżyserski Gilroya sprawdza się jako dobrze zbudowany thriller o wyrazistym protagoniście, który zagarnia całe show. Gyllenhaal przywodzi na myśl psychopatycznego Patricka z American Psycho, który już nie snuje wizji, lecz „reżyseruje” swoją historię od początku do końca, nie uciekając od poprawiania rzeczywistości czy całkowitego jej kreowania. Przenikliwe spojrzenie, przetłuszczone włosy i zdecydowane działanie stają się znakiem rozpoznawczym Louisa, a taka metamorfoza może zapewnić Gyllenhaalowi nominację do Oscara. Intrygująca postać w dość poprawnym filmie.

1 z 2 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie