Król Artur: Legenda miecza 6.7

Odważna historia cwanego młodzieńca Artura, który większość czasu spędza w zaułkach Londonium wraz ze swoją ferajną, nieświadomy losu, jaki jest mu pisany. Wszystko zmienia się jednak, gdy dostaje w swoje ręce miecz Excalibur — a wraz z nim przyszłość. Porażony mocą Excalibura Artur staje przed trudnym wyborem. Dołącza do buntowników z Ruchu oporu i podąża za tajemniczą młodą Ginewrą. Uczy się władać mieczem, aby zmierzyć się ze swoimi demonami i zjednoczyć lud w walce z tyranem Vortigernem, który ukradł należną mu koronę i zamordował jego rodziców, po czym ogłosił się królem.

Recenzje

Artur chce pokonać wuja, który zabił mu rodzinę 9
  • 2017-07-04
  • napisana przez
  • zobacz wszystkie moje recenzje

Guy Ritchie swoim nowym filmem Król Artur: Legenda miecza podejmuje temat znany nam już chociażby z filmów Rycerz króla Artura, Król Artur czy serialu Przygody Merlina, aczkolwiek podaje nam go tutaj w jakże ekscytującej formie – tryskającej zachwycającymi efektami podbudowanymi mistrzowsko skomponowaną muzyką. Jeżeli jesteś fanem pojedynków rycerzy oraz gatunku fantasy to ten film jest odpowiednią pozycją dla Ciebie. Reżyser przedstawił tę słynną legendę w swoim oryginalnym stylu, tworząc dzieło świeże i bardzo nowatorskie.

Początek filmu i już magia wylewa się z ekranu, ojciec Artura król Uther zabija władającego złą mocą maga za pomocą miecza Excalibura. Oblężenie Camelotu robi piorunujące wrażenie, złowrogie wojska atakują za pomocą ogromnych słoni, dla niektórych te sceny mogą się bardzo skojarzyć z Władcą pierścieni: Dwie wieże. Jest tu bardzo podobny motyw. Zwycięstwo i radość dobrego władcy nie trwa długo, zostaje zdradzony przez własnego brata żądnego władzy, a mały Artur żeby żyć musi ukrywać się na ulicach Londonium. Akcja krok po kroku prezentuje nam proces dorastania głównego bohatera, przez co musiał przejść, czego doświadczał, jak zmieniał się jego charakter, jak między innymi musiał oszukiwać, być cwaniakiem. Aż w końcu stał się sprytnym, przedsiębiorczym człowiekiem, który był zmuszony robić pewne rzeczy by móc przetrwać w brutalnym otoczeniu pochłoniętym żądzą pieniądza. Artur to także twardziel, który szkolił się ze sztuk walki. Na szczęście postać ta nie błyszczy samymi ideałami, nie jest nieskazitelnie dobra i szlachetna, jest niejednoznaczna, bardziej złożona i skomplikowana niż jak dotąd to było ukazywane w filmach i to jest na pewno spory plus. Nowy władca Vortigern oczywiście nie jest ulubieńcem ludu, ponieważ stara się rządzić twardą ręką mówiąc, iż strach u poddanych jest najlepszym uczuciem, którego może doznać władca. On sam jednak też odczuwa lęk – boi się, że potomek jego brata odbierze mu tron za pomocą legendarnego miecza, więc co robi ? nieustannie go szuka. Splot wydarzeń sprawia, że Artur może chwycić za Excalibura, rażony jego mocą – nie potrafi jeszcze go dobyć i ląduje w lochach swojego wuja. Z pomocą przychodzą mu buntownicy na czele z charyzmatycznym Bedivere i tajemniczą mag, wysłanniczką od samego Merlina. Wszyscy knują intrygę mającą pozbawić tronu Vortigerna. Cieszą oko przeskoki obrazów razem z retrospekcjami rozmów, dopowiadanie historii składanką mieszających się scen z przeszłości i teraźniejszości, okraszone błyskotliwym humorem. Praca kamery, która jest już znakiem rozpoznawczym tegoż reżysera raz niebezpiecznie zbliża nas do twarzy bohaterów gdzie obserwujemy na nich malujące się różne emocje, by zaraz ukazać wszystko z lotu ptaka, a następnie dopieścić sceny walk za pomocą slow motion. Efekty specjalne, których mnogość czasem może aż porazić pozwalają nam mocniej wchłonąć ten fantastyczny świat. Sceny walk są dopieszczone pod każdym względem, efekty w nich użyte wizualnie zachwycają widza. Epickość, rozmach, widowiskowość to napędza to dzieło. Gigantyczny wąż, który niszczy wrogów, wielkie nietoperze, dziwne stworzenie będące połączeniem syren i ośmiornicy ( sojusznik złego króla) autentycznie mogą przestraszyć. Sama legenda miecza, kto go wykonał i dlaczego, została zobrazowana w sposób przekonywujący. Fabuła filmu skrojona jest tak, że cały czas coś się dzieje, nie można oderwać oczu, przygryzamy wargi w oczekiwaniu na kolejne zwroty akcji. Atutem dzieła Guy'a dość mocnym jest aktorstwo, mamy dwoje antagonistycznych bohaterów, od których nie bije sztampowy wizerunek, obaj są charyzmatyczni, mają w sobie coś unikalnego. Charlie Hunnam to nie tylko ładny blond włosy wiking, który prezentuje idealnie wyrzeźbioną klatkę piersiową, ale aktor dający nam do zrozumienia, że potrafi wykrzesać z siebie różne emocje, uczucia, że może grać całym sobą. Nie jest lalusiem, wymachującym sobie mieczem, tylko rasowym wojownikiem muszącym zmierzyć się z przeciwnikiem, ale także z własną przeszłością. Jest stanowczy, zaradny, błyskotliwy i ma poczucie humoru. Jude Law jako Vortigern idealnie dopasowany jest do kreacji pysznego, zarozumiałego, nikczemnego wodza, który dla chorej władzy jest w stanie poświęcić życie i żony i dziecka. Mimiką twarzy, odpowiednią gestykulacją wywołuje respekt wobec swojej postaci. Djimon Hounsou jako Bedivere jest odważny, potrafi świetnie walczyć, jest bezkompromisowy i w stu procentach oddany sprawie. Mag zagrana przez Astrid Bergès-Frisbey emanuje tajemniczością, pewnym mrokiem, ale także zadziornością i butą. Ogromnie pozytywnym elementem Króla Artura: Legendy miecza jest muzyka skomponowana przez Daniela Pembertona – stworzył genialny soundtrack pełen mocniejszych brzmień jak również emocjonujących ballad, które cieszą ucho widza i nadają niepowtarzalny klimat temu obrazowi. Zdjęcia, montaż oraz efekty specjalne są z jak najwyższej półki, wszystko tu jest dopracowane od początku do końca i raduje oko obserwatorów. Film także ma swoje przesłania na przykład warto jest mierzyć się ze swoimi demonami, przezwyciężać je, toczyć walkę z samym sobą, aby wypracować tym lepszą przyszłość dla siebie. Król Artur: Legenda miecza to widowisko na wysokim poziomie, które spodoba się zarówno fanom magii i fantasy oraz tym, którzy lubią rycerskie potyczki. To film, który dodaje do starej historii coś nowego, coś zaskakującego. Guy Ritchie wzniósł się na wyżyny swojego reżyserskiego kunsztu, wychodząc odważnie naprzeciw oczekiwaniom mas związanymi z przedstawieniem królów z krwi i kości, którym nie tylko romanse w głowach, ale prawdziwa walka.

1 z 2 osoby uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie
Guy Ritche nie patyczkuje się i proponuje kokainowe tempo, brawurę, piękno i brzydotę na zmianę - przy tym wszystkim nie zapomina by unikać wtórnej narracji. 8

Jest pewna tendencja, która doczekała się już kilku naukowych publikacji, a będzie ich pewnie przybywać. Mowa o tym, że rozwój technologii przewartościował znaczenie fabuły i scenariusza w kinie. Zdecydowanie zmarginalizował jego znaczenie, a coraz częściej bodźce i efekciarstwo zapycha dziury narracyjne . Król Artur: Legenda Miecza zapowiadała się kolejnym dowodem na kino z rozmachem i widowiskowe, tyle. No i jest takie, ale to nie tylko tyle. To stworzone ze smakiem, charyzmą, raz brutalne, raz naturalistyczne, kino przygody.

Pojawiamy się w momencie, kiedy brat Króla Uthera – Vortigern – żądny władzy, gotowy posunąć się do konszachtów z siłami nieczystymi, niemoralne, z przelaniem krwi nawet własnej rodziny, przejmuje władzę w królestwie. Podczas tych wydarzeń, syn Uthera, Artur, opdływa łódką, przeżywa i rośnie wśród niegodnego następcy tronu (o czym na początku nie wie, ma tylko sny z przeszłości) środowiska. Mieszka w burdelu, tam też dorasta, ale otaczają go lojalni i bliscy mu ludzie. Kiedy Vortigern prowadzi swoje niehumanitarne rządy, a miasto spowija coraz większy mrok, a sam król nie jest kochany przez swój lud, Artur zupełnie niechcący staje naprzeciwko miecza zakutego w skale. Oczywiście wielu śmiałków regularnie podejmuje wyzwanie wyjęcia go, jednak to dopiero Artur, ku własnemu zaskoczeniu, wyciąga miecz. Od tego czasu coraz mniej skutecznie próbuje zaprzeczyć swojemu przeznaczeniu, od niego uciec, staje też w centrum zainteresowania Virtigerna. Ten, uzależniony od władzy absolutnej, obawia się, że Artur przeszkodzi mu w jego planach i upomni się o swoje dziedzictwo. Chłopak jednak długo nie jest tym zainteresowany i dogadanie się z mieczem oraz opanowanie i zrozumienie siły jaka drzemie w nim, nie wydarzy się błyskawicznie. Wszystko się zmienia, kiedy dzięki Mag, znającej się na czarach, widzi jakie losy czekają ojczyznę, jeżeli nie podejmie wyzwania. Zaczyna się rebelia.

To ostatnie słowo doskonale pasuje do stylu w jakim tworz, Guy Ritchie. Reżyser wie jak robić kino i znowu to udowadnia – nie idzie na skróty, nie zaprzedaje duszy technologii. Film mógł, tak naprawdę, żyć od jednej sceny batalistycznej do drugiej, jednak zawędrował w o wiele ambitniejsze miejsca. Autor wybiera sobie te elementy legendy, które pasują mu do stworzenia historii i kreuje ten świat w sposób bardzo udany. Jest żywiołowo, dynamicznie, momenty patetyczne nie są nieznośne, a humorystyczne wkomponowane doskonale – nie w stylu – STOP fabuła, dajemy żart, START fabuła. Rycerze okrągłego stołu to często wykolejeńcy, z różnymi życiorysami, nie ma tutaj krystalicznych postaci, a materiał z jakich ich buduje autor jest bardzo kreatywny. Każdy z bohaterów ma nerw, a koncentracja na rywalizacji obecnego władcy z Arturem, wcale nie tworzy z innych obecnych w tej historii przezroczystego tła.

Mimo że to, tak naprawdę, kolejna historia o walce dobra ze złem, to brak tutaj oczywistości, pretensjonalności, nieznośnej ody do sprawiedliwości. Każdy ma krew na dłoniach, bo w czasie rebelii nie ma absolutnie moralnych pewniaków, a dobro nie zawsze ma jeden odcień. To wszystko się udaje, bez naiwnych intonacji, opowiedzieć reżyserowi. Jest to kino bezpruderyjne, które się nie cacka i z pięknych sekwencji widoków przechodzi zgrabnie do okrutnych scen – wpisuje to się doskonale w czas, miejsce i okoliczności historii, o której opowiada. Tworzy Króla Artura w charakterze rock and rollowej narracji, bez pasteli i delikatnych muśnięć oraz jakichkolwiek ograniczeń prędkości – znak firmowy reżysera jest tutaj obecny. Dlatego seans ten sprawia przyjemność totalną, bo jest zwinny w każdej warstwie i na żadnym poziomie budowy filmu nie świeci pustką, ale też nie jest przeładowany, a półki się nie załamują pod ciężarem.

Oczywiście, ten film satysfakcjonuje zmysł wzroku, bo dzieje się dużo i gęsto, jednak nie czujemy nadmiaru, bo jest to wręcz zrobione elegancko i z szaleństwem kontrolowanym, w stylu serialu Wikingowie. Dzięki umiejętnie użytej technologii, nie w celu popisywania się, nikt tutaj nic nie wystylizował i dlatego ten film nie ma tylko wartości cielesnej, ale intelektualną – posiada wnętrze. Do tego dostajemy połączenie klasycznego celtyckiego brzmienia, by za chwilę zmienić na coś z innej galaktyki – elektronicznego i nowoczesnego.

Król Artur: Legenda miecza to film ekscytujący, świetnie napisany. To skuteczna hybryda tradycji, legendy z nowoczesnością. Prawdziwa torpeda kinowa, która robi wiele hałasu, ale o coś!

0 z 1 osoba uznało tę recenzję za pomocną.
Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie