Król Artur: Legenda miecza 7.2

Odważna historia cwanego młodzieńca Artura, który większość czasu spędza w zaułkach Londonium wraz ze swoją ferajną, nieświadomy losu, jaki jest mu pisany. Wszystko zmienia się jednak, gdy dostaje w swoje ręce miecz Excalibur — a wraz z nim przyszłość. Porażony mocą Excalibura Artur staje przed trudnym wyborem. Dołącza do buntowników z Ruchu oporu i podąża za tajemniczą młodą Ginewrą. Uczy się władać mieczem, aby zmierzyć się ze swoimi demonami i zjednoczyć lud w walce z tyranem Vortigernem, który ukradł należną mu koronę i zamordował jego rodziców, po czym ogłosił się królem.

Recenzje

Guy Ritche nie patyczkuje się i proponuje kokainowe tempo, brawurę, piękno i brzydotę na zmianę - przy tym wszystkim nie zapomina by unikać wtórnej narracji. 8

Jest pewna tendencja, która doczekała się już kilku naukowych publikacji, a będzie ich pewnie przybywać. Mowa o tym, że rozwój technologii przewartościował znaczenie fabuły i scenariusza w kinie. Zdecydowanie zmarginalizował jego znaczenie, a coraz częściej bodźce i efekciarstwo zapycha dziury narracyjne . Król Artur: Legenda Miecza zapowiadała się kolejnym dowodem na kino z rozmachem i widowiskowe, tyle. No i jest takie, ale to nie tylko tyle. To stworzone ze smakiem, charyzmą, raz brutalne, raz naturalistyczne, kino przygody.

Pojawiamy się w momencie, kiedy brat Króla Uthera – Vortigern – żądny władzy, gotowy posunąć się do konszachtów z siłami nieczystymi, niemoralne, z przelaniem krwi nawet własnej rodziny, przejmuje władzę w królestwie. Podczas tych wydarzeń, syn Uthera, Artur, opdływa łódką, przeżywa i rośnie wśród niegodnego następcy tronu (o czym na początku nie wie, ma tylko sny z przeszłości) środowiska. Mieszka w burdelu, tam też dorasta, ale otaczają go lojalni i bliscy mu ludzie. Kiedy Vortigern prowadzi swoje niehumanitarne rządy, a miasto spowija coraz większy mrok, a sam król nie jest kochany przez swój lud, Artur zupełnie niechcący staje naprzeciwko miecza zakutego w skale. Oczywiście wielu śmiałków regularnie podejmuje wyzwanie wyjęcia go, jednak to dopiero Artur, ku własnemu zaskoczeniu, wyciąga miecz. Od tego czasu coraz mniej skutecznie próbuje zaprzeczyć swojemu przeznaczeniu, od niego uciec, staje też w centrum zainteresowania Virtigerna. Ten, uzależniony od władzy absolutnej, obawia się, że Artur przeszkodzi mu w jego planach i upomni się o swoje dziedzictwo. Chłopak jednak długo nie jest tym zainteresowany i dogadanie się z mieczem oraz opanowanie i zrozumienie siły jaka drzemie w nim, nie wydarzy się błyskawicznie. Wszystko się zmienia, kiedy dzięki Mag, znającej się na czarach, widzi jakie losy czekają ojczyznę, jeżeli nie podejmie wyzwania. Zaczyna się rebelia.

To ostatnie słowo doskonale pasuje do stylu w jakim tworz, Guy Ritchie. Reżyser wie jak robić kino i znowu to udowadnia – nie idzie na skróty, nie zaprzedaje duszy technologii. Film mógł, tak naprawdę, żyć od jednej sceny batalistycznej do drugiej, jednak zawędrował w o wiele ambitniejsze miejsca. Autor wybiera sobie te elementy legendy, które pasują mu do stworzenia historii i kreuje ten świat w sposób bardzo udany. Jest żywiołowo, dynamicznie, momenty patetyczne nie są nieznośne, a humorystyczne wkomponowane doskonale – nie w stylu – STOP fabuła, dajemy żart, START fabuła. Rycerze okrągłego stołu to często wykolejeńcy, z różnymi życiorysami, nie ma tutaj krystalicznych postaci, a materiał z jakich ich buduje autor jest bardzo kreatywny. Każdy z bohaterów ma nerw, a koncentracja na rywalizacji obecnego władcy z Arturem, wcale nie tworzy z innych obecnych w tej historii przezroczystego tła.

Mimo że to, tak naprawdę, kolejna historia o walce dobra ze złem, to brak tutaj oczywistości, pretensjonalności, nieznośnej ody do sprawiedliwości. Każdy ma krew na dłoniach, bo w czasie rebelii nie ma absolutnie moralnych pewniaków, a dobro nie zawsze ma jeden odcień. To wszystko się udaje, bez naiwnych intonacji, opowiedzieć reżyserowi. Jest to kino bezpruderyjne, które się nie cacka i z pięknych sekwencji widoków przechodzi zgrabnie do okrutnych scen – wpisuje to się doskonale w czas, miejsce i okoliczności historii, o której opowiada. Tworzy Króla Artura w charakterze rock and rollowej narracji, bez pasteli i delikatnych muśnięć oraz jakichkolwiek ograniczeń prędkości – znak firmowy reżysera jest tutaj obecny. Dlatego seans ten sprawia przyjemność totalną, bo jest zwinny w każdej warstwie i na żadnym poziomie budowy filmu nie świeci pustką, ale też nie jest przeładowany, a półki się nie załamują pod ciężarem.

Oczywiście, ten film satysfakcjonuje zmysł wzroku, bo dzieje się dużo i gęsto, jednak nie czujemy nadmiaru, bo jest to wręcz zrobione elegancko i z szaleństwem kontrolowanym, w stylu serialu Wikingowie. Dzięki umiejętnie użytej technologii, nie w celu popisywania się, nikt tutaj nic nie wystylizował i dlatego ten film nie ma tylko wartości cielesnej, ale intelektualną – posiada wnętrze. Do tego dostajemy połączenie klasycznego celtyckiego brzmienia, by za chwilę zmienić na coś z innej galaktyki – elektronicznego i nowoczesnego.

Król Artur: Legenda miecza to film ekscytujący, świetnie napisany. To skuteczna hybryda tradycji, legendy z nowoczesnością. Prawdziwa torpeda kinowa, która robi wiele hałasu, ale o coś!

Czy ta recenzja była pomocna? Tak Nie